Prekariat kulturalny. Retrospekcja

Ilustracja autorstwa Doroty Stefaniak-Rudzińskiej.

Na początku 2015 roku na łamach „Bez Dogmatu” ukazał się tekst, w którym opisałem wyzysk i warunki swojej pracy w organizacji pozarządowej zajmującej się promowaniem kultury i sztuki, a także publikacją książek dotyczących nowych form wyzysku we współczesnym kapitalizmie. Zawierał historie znane każdemu i każdej, która pracowała kiedyś na śmieciówce: umowy o dzieło podpisywane wstecz, których treść (praca nad „bazami danych”) nie miała nic wspólnego z zadaniami wykonywanymi przeze mnie w rzeczywistości (zamawianie oraz sprzedaż książek w sklepie, obsługa sklepu internetowego, podliczanie gotówki, zamykanie sklepu, wykonywanie zadań zleconych przez przełożonych), nieodpłatne nadgodziny, mobbing, brak przestrzegania zasad BHP. Artykuł opublikowany został pod pseudonimem, a nazwa organizacji została zmieniona na anonimową organizację X, mimo iż chodziło o warszawską Fundację Bęc Zmiana. Ponad pół roku po publikacji tekstu, na witrynie należącego do fundacji sklepu, w którym pracowałem, pojawiła się ekspozycja pracy Gregora Różańskiego: odwrócone logo restauracji McDonald’s i cytat z Ghandiego: „Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz”. Tak bijącej w oczy (i szczerze powiedziawszy – słabej, bo utrzymanej w klimacie sytuacjonizmu, który interpretuję bardziej jako zabawkę dla artystów, sztukę dla sztuki niż narzędzie walki z wyzyskiem) krytyki kapitalizmu, którą musiałem oglądać codziennie przez minimum osiem godzin, pracując na śmieciówce za 1500 zł, nie zdzierżyłem. Opisałem sytuację w mediach społecznościowych, znajoma zasugerowała upublicznienie, a post na fejsbuku udostępniło mnóstwo osób.

W wyniku burzy w mediach społecznościowych straciłem pracę. W czasie spotkania ze mną i innymi współpracownikami szefowa stwierdziła, że nie może mi zapewnić spełnienia tak wygórowanych warunków, jak umowa o pracę przy zachodzącym stosunku pracy.

Kolejnym ruchem ze strony pracodawcy było opublikowanie oświadczenia, pod którym podpisało się kilku pracowników, a w którym oskarżono mnie o sianie hejtu, a jednocześnie zapewniono, iż dyskusje o moim zwolnieniu toczyły się w zespole już wcześniej. Prawniczka Adrianna Bartnik zajmująca się wyzyskiem w NGO zaklasyfikowała to jako mobbing. W międzyczasie tekst o wyzysku w fundacji pojawił się na stronie lewica.pl – już z moim nazwiskiem i ujawnioną nazwą organizacji.

Mój ostatni kontakt z Bęc Zmianą sprowadził się do szantażu kwotą 750 zł, czyli wysokością odprawy, którą miałem otrzymać jedynie, gdy podpiszę dokument (zwany „POROZUMIENIEM”), w którym zrzekam się roszczeń finansowych wobec pracodawcy („Wynagrodzenie o którym mowa […] powyżej wyczerpuje wszelkie roszczenia Wykonawcy względem Zamawiającego w związku z Umową”). Warto dodać, iż szantaż ten był wyjątkowo perfidny, gdyż po prawie roku pracy w Warszawie za półtora tysiąca złotych nie miałem żadnych oszczędności i liczyła się dla mnie każda złotówka. Ostatecznie odprawę otrzymałem, a dokumentu, w którym zabezpieczam pracodawcę przed sądem pracy i ewentualnym odszkodowaniem, nie musiałem podpisać. Pomógł przy tym znany polski socjolog i kulturoznawca, badacz „Solidarności”, krytyk neoliberalizmu i współpracownik fundacji, Jan Sowa. Jak się domyślam, został wyznaczony przez mojego byłego pracodawcę na swego rodzaju negocjatora, bo po kilku telefonicznych komplementach i pomocy przy otrzymaniu odprawy, napisał do mnie wiadomość, która zaczynała się tak: „jest w tym momencie taka wersja, ze idziesz podpisac umowe i dostajesz kase. porozumienia nie musisz podpisywac. mam jedna prosbe: czy mozesz sprobowac nie eskalowac tego konfliktu” (pisownia oryginalna). Być może Sowa stał początkowo po mojej stronie, wcale nie był „agentem” szefostwa, lecz jego prośba o nieeskalowanie konfliktu zabiła we mnie ostatnie pokłady nadziei lub też naiwności. Było to tym bardziej dobijające, że padło z ust osoby chętnie cytującej Karola Marksa i tłumaczącej studentom i studentkom, na czym polega walka klas. A z pewnością nie polega ona na nieeskalowaniu konfliktu i zamiataniu go pod dywan. Wisienką na szczycie tego tortu było zapewnienie Sowy w jednej z kolejnych wiadomości, że osoby, które pomagają mi w sprawie (organizują debatę na ten temat, wspierają mnie, pomagają odpierać internetowy hejt i argumenty typu „praca leży na ulicy”), robią to w swoim własnym interesie i z powodu prywatnych zatargów środowiskowych, a nie solidarności. Miało to polegać, jak się domyślam, na odbieraniu racjonalności działaniom krytykujących nieuczciwego pracodawcę. Zostawmy jednak Sowę w spokoju, bo szkoda na niego prądu i przejdźmy dalej. Mam nadzieję, że nadążacie.

Liberalne i lewicowe media zdecydowały się raczej wesprzeć pracodawcę lub inicjowały wywiady z członkami zarządów organizacji, zamiast oddać głos pracownikom. Co ciekawe, dwaj dziennikarze, którzy poniekąd zajmowali się tą sprawą, Michał Wybieralski i Jakub Dymek, okazali się jakiś czas później antybohaterami polskiego #metoo.

Wybieralski przyczynił się do zmiany tytułu artykułu autorstwa Martyny Śmigiel o rzeczonej sprawie, który ukazał się na stronie „Gazety Wyborczej”. Poprosiła go o to moja była szefowa – poinformowała mnie autorka tekstu. Pierwotny tytuł Za wpis na Facebooku stracił pracę w…, po interwencji pracodawcy został zmieniony na: Po wpisie na Facebooku zakończył pracę w… tak, aby nie sugerować zwolnienia, które oznaczałoby z kolei stosunek pracy i mogło stanowić dowód w sprawie w sądzie pracy lub przyciągnąć zainteresowanie Państwowej Inspekcji Pracy. Rozmowa z redaktorem, do którego dzięki autorce cudem udało mi się dostać numer, zakończyła się arbitralnym stwierdzeniem, że to gazeta decyduje o nagłówku, ma do tego prawo, a jeśli się nie podoba, to zapraszamy do sądu prasowego. Prawda i etyka dziennikarska się nie liczą, ale z drugiej strony czego oczekiwać po koncernie prasowym, który sam zatrudnia ludzi na śmieciówkach za psie pieniądze?

Jakub Dymek udzielił z kolei głosu Jarosławowi Lipszycowi, prezesowi zarządu Fundacji Nowoczesna Polska, na łamach „Krytyki Politycznej”. Z tekstu dowiedziałem się, że strzelam do zarządów NGO-sów (tytuł wywiadu: Lipszyc: Możemy strzelać do zarządów NGO-sów. Tylko po co?) i stosuję idiotyczne metody walki o prawa pracownicze („A wszystko bierze się z bardzo głupiego zastosowania ideologicznego schematu pracodawca – pracownik”). Jakby tego było mało, Krytyka Polityczna” w osobie Jakuba Majmurka udzieliła głosu także mojej byłej szefowej, która oświadczyła: „życie w prekariacie to moje własne doświadczenie” (czyli pracownik i pracodawca jadą na tym samym wózku, a kapitalizm to abstrakcyjna demoniczna siła, która wcale nie wynika ze stosunków pracy opartych na wyzysku?), a używanie takich kategorii jak pracodawca, pracownik i eksploatacja to posługiwanie się przestarzałymi kategoriami. W wywiadzie czytamy: „Nie wiem tylko, czy rozmowa o pracy w trzecim sektorze prowadzona w dziewiętnastowiecznym języku krytyki przemysłu kapitalistycznego przysłuży się rozwiązaniu problemów”.

Atmosfera w internecie w czasie sprawy wyzysku w Bęc Zmianie nie sprzyjała mojemu dobremu samopoczuciu, mimo iż starałem się unikać czytania komentarzy. Większość z nich sugerowała, że próbuję zwrócić na siebie uwagę, że przecież mogłem iść do innej pracy (a wtedy wyzysk w Bęc Zmianie przeszedłby na inną osobę), że kłamię, jestem paranoikiem i oczerniam szlachetną fundację. Kiedy czytałem jakiś czas temu Gejerel Krzysztofa Tomasika, zapamiętałem przytoczoną przez autora homofobiczną i patologizującą opinię sądową psychologa i lekarza na temat brata słynnego Wampira z Zagłębia – Jana Marchwickiego, homoseksualisty: „Jest to psychopata o zboczeniu seksualnym pod postacią homoseksualizmu. Nadto cechuje go dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb bez liczenia się z konwenansami i normami społecznymi; jest to egocentryk przerzucający winę na innych; usiłuje wykazać, iż padł ofiarą walki ideologicznej. Cechują go skłonności pieniacze, a swój cel stara się osiągnąć wszelkimi metodami”(1). To przykład bardzo skrajny, ale muszę przyznać, że tego typu opisy przypominają mi atmosferę w mediach społecznościowych po zwolnieniu mnie z pracy. Zresztą opinie, które towarzyszyły ujawnieniu nadużyć w Bęc Zmianie, mógłbym mnożyć. Pytanie brzmi: po co opisuję tę sytuację prawie cztery lata później?

Przez długi czas czułem się w środku tej burzliwej historii rzeczywiście jak wariat lub paranoik. Traciłem wiarę w siebie. Nie miałem odwagi stawać w mojej sprawie. Dostałem wiele wsparcia od znajomych, przyjaciół i aktywistów, lecz sam nie czułem się na siłach, a poza tym nie miałem pracy i środków do życia. Tymczasem moja była szefowa jakiś czas po ujawnieniu sprawy zaczęła być zapraszana na debaty o finansowaniu miejsc pracy w NGO-sach lub do oprowadzania po wystawach dotyczących tematu pracy („Stosunki pracy to pierwsza odsłona międzynarodowej kolekcji sztuki współczesnej. (…) Termin ten określa relacje pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. Obecną dynamikę tych zależności determinują te same procesy, które formują globalny rynek: kolonializm, uprzemysłowienie i kapitalizm” – Muzeum Nowoczesne we Wrocławiu). Na ironię zakrawa fakt, że wspomniane wydarzenia czerpały z języka, który w czasie debaty nad sprawą wyzysku w fundacji został, jak już wspomniałem, zaklasyfikowany jako przestarzały. Kiedyś wstydziłbym się o tym napisać. Bałbym się posądzenia o zazdrość, resentyment i zawiść. Po tych kilku latach wiem jednak, że w tych uczuciach nie ma nic złego, a ich źródłem jest niesprawiedliwość i mechanizmy, które służą sprowadzeniu ujawnienia do nieszkodliwej formy. Ta zaś sprawia, że pole sztuki i kultury może powrócić na swoje stare tory. Tory szantażu prestiżem pracy w kulturze, który wpływa na to, że pracownicy zgadzają się na pracę za darmo lub w niegodziwych warunkach. Czułem ogromną obawę przed wypowiadaniem się we własnej sprawie. Odrzucałem zaproszenia do wywiadów w TVP 1 czy TVP Kultura. Byłem przekonany, że nie jestem w stanie sprostać temu zadaniu oraz bałem się łatki awanturnika, którą przyklejali mi także aktywiści lewicowi, a nawet LGBT. Podczas debaty Dla idei? O pracy w NGOsach, zorganizowanej między innymi przez Xawerego Stańczyka i Annę Zawadzką, kiedy odczytywałam napisane przez siebie oświadczenie niesamowicie trzęsła mi się głowa i ręce. Pamiętam ten nieprzyjemny moment aż to dziś. W czasie rzeczonej debaty Zawadzka mówiła o technikach zawstydzania (shaming), które uruchomiły się w mediach (w tym społecznościowych) tuż po ujawnieniu praktyk w Bęc Zmianie. Technikach służących m.in. uciszaniu ofiary i obwinianiu jej za zastany zły stan rzeczy. Dziś rozumiem, że tamte obezwładniające uczucia były efektem zewnętrznego i uwewnętrznionego zawstydzenia. Czuję się niesamowicie głupio nawet teraz, gdy piszę we własnej sprawie. Głos oddaje zatem Zawadzkiej, żeby nie spalić się ze wstydu: „Paweł Matusz natomiast dopuścił się tej strasznej zbrodni, że – jak wielokrotnie pisali użytkownicy Facebooka – «prał brudy publicznie». Miało to być argumentem dyskwalifikującym. Ten argument wymaga rozłożenia na części. Po pierwsze opiera się na założeniu, że można rozdzielić publiczne od prywatnego. Po drugie zawarta jest w nim teza, jakoby sfera pracy przynależała do sfery prywatnej. Po trzecie zakłada on, że pracownik z pracodawcą za zamkniętymi drzwiami zawsze się dogada. Wystarczy, że pracownik pójdzie do pracodawcy i powie, co mu na wątrobie leży, jakie ma problemy, a to zostanie z szacunkiem, zgodnie z kodeksem pracy i w miłej atmosferze rozwiązane. Wśród kierowanych pod adresem Pawła zarzutów pojawiały się także takie, że zachował się «niekulturalnie» i «ordynarnie», że «histeryzuje» i «przesadza», że «szuka poklasku», bo zależy mu na «sławie». Retoryka ta do złudzenia przypominała – tutaj pójdę podobnym tropem co dr Adriana Bartnik – retorykę stosowaną wobec innych osób, które «dopuściły się» publicznego ujawnienia rażących nieprawidłowości w miejscu pracy”.

Do powrócenia do tego tematu zachęciła mnie także publikacja Urobieni Marka Szymaniaka, która ukazała się w Wydawnictwie Czarne w zeszłym roku. Zbiór reportaży opisujący urągające ludzkiej godności warunki na polskim rynku pracy zawiera także rozdział o pracy w kulturze, a konkretniej analizuje przypadek Radosława Orła i jego pracy w Instytucie Sztuki Wyspa w Gdańsku, gdzie dochodziło do wielu nadużyć i łamania praw pracowniczych. W Urobionych czytamy: „Radosław uważa, że żadnego walenia pięścią w stół nie było. Kilka dni później napisał list. Dlaczego tyle czekał? Twierdzi, że po tym, co się wydarzyło, nie mógł dojść do siebie. Bardzo to przeżywał, ale do działania zmotywował go list Pawła Matusza, pracownika Fundacji Bęc Zmiana, który publicznie skrytykował warunki swojej pracy, a dzień później właśnie za to został zwolniony”(2). Ucieszyło mnie, że działanie moje i osób, które mnie wspierały w tamtym czasie, zmotywowały innych do działania. Usprawiedliwiając niejako cytowanie tekstu, w którym jestem wymieniony z nazwiska, pragnę jeszcze raz podziękować osobom, które wspierały mnie tuż po zwolnieniu. To dzięki nim miałem odwagę nie ucichnąć do końca. Nie sposób stworzyć listy, która objęłaby wszystkich, ale niewątpliwie osobą, która wspierała mnie od początku pracy w Bęc Zmianie, a potem przy opisywaniu warunków tam panujących i jest przy mnie także teraz, jest Monika Zaleszczuk. Jestem pewien, że gdyby nie terapeutyczne sesje wspólnego robienia kolaży byłbym w o wiele gorszym stanie psychicznym.

Przeskoczmy do roku 2019. Kilka miesięcy po całej sprawie wziąłem dziekankę na studiach doktoranckich i wyjechałem do Niemiec, gdzie mieszkam do dziś. Zgodnie z zapewnieniami prawniczki na polskim rynku pracy byłem spalony. Nie miałem też ochoty na kolejne śmieciówki, frustracja rządami Platformy Obywatelskiej rosła, a do tego miałem serdecznie dość homofobii i polskiego nacjonalizmu. Przy wyjeździe pomógł mi mój były chłopak, który mieszkał na miejscu i ułatwił mi rozpoczęcie praktyk, a potem pracy w szkolnej świetlicy. Przez długi czas żałowałem, że nie poszedłem do sądu pracy. Namawiała mnie do tego prawniczka. W zeszłym roku usłyszałem jednak o przypadku Ewy, która wywalczyła w sądzie etat, po czym pracodawca wytoczył jej sprawę o zwrot 70 000 zł zaległych składek na ubezpieczenie społeczne. Wyczerpała całą możliwą drogę prawną i spłaca dług w ratach. Historia ta sprawiła, że nie żałuję, a nawet cieszę się, że w toku wszystkich tych wydarzeń zrezygnowałem z możliwości drogi sądowej.

Wszedłem dziś z ciekawości na stronę Bęc Zmiany. Zwykle tego nie robię, bo szkoda moich nerwów. W międzyczasie fundacja wydała sporo książek krytycznych wobec kapitalizmu. W jednym z podcastów Bęc Radia wymieniona jest Angela Davis. Komunistka, aktywistka Czarnych Panter i feministka, która całe swoje życie walczyła z rasizmem i kapitalizmem. Interesujące.

Cztery lata po moim zwolnieniu z Bęc Zmiany niczego nie żałuję. Nauczyłem się i poczułem niemal na własnej skórze, że reprodukcyjne siły współczesnego kapitalizmu są w stanie zmiażdżyć człowieka w celu utrzymania ładu opartego na wyzysku.

(1) K. Tomasik, Gejerel, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.

(2) M. Szymaniak, Urobieni, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

Tekst ukazał się w 119. numerze kwartalnika polityczno-kulturalnego Bez Dogmatu.

Leave a Reply