To są straszni ludzie

O odchodzeniu z akademii rozmawiają Paweł Matusz, Xawery Stańczyk i Anna Zawadzka

Xawery Stańczyk: Zanim zaczniemy rozmawiać o tym, z jakimi kosztami wiązało się nasze odejście z akademii, proponuję, żebyśmy odpowiedzieli sobie na pytanie, co sprawiło, że chcieliśmy w niej być. Jakie stawki, interesy i wyobrażenia były czynnikami warunkującymi nasze próby akcesu do środowiska akademickiego?

Anna Zawadzka: Złapałam się na tym, że biorąc dziś rano prysznic, gorączkowo obmyślałam, w co mam się ubrać do naszej rozmowy, choć przecież siedzimy u mnie w domu na kanapie. Temat akademii i wyjścia z niej wywołuje we mnie duży dyskomfort, napięcie i stres. Próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nadal chcę próbować znaleźć tam miejsce dla siebie. W tym celu staram się zrozumieć przyczyny, dlaczego w ogóle chciałam być w akademii. Trudno to zrobić, bo po pierwsze negatywnie oceniam własne aspiracje i próbuję dojść do tego, co leży pod nimi, a jednocześnie odrzucam koncepcję, według której istniałoby coś bardziej „prawdziwego” niż one. Stoi za tym głębsze pytanie o to, czy można uplasować się w rzeczywistości inaczej niż poprzez aspirowanie do niej. Po drugie muszę rozsupłać kłębowisko mojej tożsamości, której częścią stało się bycie socjolożką, a jednocześnie nie zgadzam się na tę tożsamość z powodu wpisanej w nią dystynkcji. Nie mam więc jednej, spójnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego chciałam być w akademii. Mam ich wiele, przy czym żadna z nich nie jest konkluzywna i każda ma swoje „ale”.

Po pierwsze znalazłam w pracy akademickiej przedłużenie spełnienia, które już wcześniej czerpałam z aktywizmu. Podobny typ poczucia sensu. Za pomocą narzędzi, które akademia oferuje, w jej języku i w świecie, który obdarza prawomocnością, mogłam stawać w obronie ważnych dla mnie spraw: coś opisywać, coś mówić, o coś walczyć z tej pozycji. Chodziło o zmienianie rzeczy, które uważam za złe, o podążanie za obsesją sprawiedliwości i równości. Wyobrażałam sobie, że w akademii dążenie to wreszcie stanie się skuteczne, a nie tylko słuszne.

Po drugie na moją decyzję wpływ miał podziw dla osób, które poznałam w obrębie świata akademickiego, których książki czytałam, i na których wykłady chodziłam. Za podziwem czai się dziecięce pragnienie, by stać się taką jak podziwiana osoba: wiedzieć tyle co ona, umieć tak wyjaśniać, wysławiać się i zachowywać. Była we mnie potrzeba naśladownictwa osób, które budziły moją fascynację.

Po trzecie w akademii natrafiłam na książki, które objaśniały mi mnie samą i zjawiska, które mnie żywo dotyczyły, a których wcześniej nawet nie umiałam nazwać. To przyniosło niesamowitą ulgę.

W to wszystko uwikłane było także poczucie braku społecznego szacunku, które towarzyszy mi, odkąd pamiętam. Szacunku nie z racji bycia kimś wyjątkowym, lecz przeciwnie: z racji bycia człowiekiem takim, jak każdy inny. Nie gorszym, nie drugiej kategorii. Nie dostałam tego w domu. Potem nie dostawałam tego z racji płci. Nie byłam traktowana poważnie ani przez moich rodziców i członków mojej rodziny, ani w pracy, ani przez rówieśników. Miałam nadzieję, że w świecie akademickim będzie inaczej. Myślałam, że pewne zachowania są w nim niedopuszczalne, że tam nie będę traktowana jak gówno, bo tam nie można traktować ludzi jak gówno. Jakże się pomyliłam.

Moja terapeutka mówi, że nieustannie udowadniam sobie i światu, że jestem cokolwiek warta. Robię to, bo uważam, że moje życie nie jest cenne bez żadnego uzasadnienia. Staram się więc być użyteczna. Świat akademicki miał mi to umożliwić. Miał mi także dostarczyć dowodów, że coś potrafię. Napisałam więc magisterkę, potem doktorat, a w międzyczasie zrobiłam film. Tylko że to się nigdy nie kończy. Dążysz do czegoś po to, by sobie i światu udowodnić, że potrafisz to zrobić, a natychmiast po tym, jak to osiągniesz, dezawuujesz swoje osiągnięcie. Mówisz: skoro nawet ja to zrobiłam, to znaczy, że to nie mogło być trudne; każdy głupi by to potrafił. Wtedy stawiasz sobie kolejny cel. Reasumując, akademia była dla mnie złudnym i nieskutecznym sposobem udowadniania sobie swojej wartości.

Xawery Stańczyk: Mam podobne przemyślenia na temat dowartościowywania się poprzez poczucie przynależności do akademii, która przyznaje kolejne rangi w postaci tytułów i stopni naukowych, poświadczających wartość intelektualną danej osoby. A ponieważ żyjemy w czasie gwałtownej inflacji znaczenia i prestiżu wyższego wykształcenia, to zdobywanie go przypomina trochę wspinanie się po ruchomych schodach jadących w dół.

W moim domu rodzinnym kładziono silny nacisk na edukację. Kształcenie się uważano za klucz do sukcesu. Moja starsza siostra była wzorową uczennicą, wygrywała olimpiady, następnie zrobiła dwa równoległe kierunki studiów, a wreszcie zaczęła pisać doktorat z filozofii. Byłem w jej cieniu, tym bardziej, że w domu stawiano mi ją za wzór, wobec którego musiałem się określić. Jednocześnie bardzo chciałem uciec z miejsca, w którym tkwiłem. Jako nastolatek żyłem popkulturowymi marzeniami, że wyrwanie się z wytyczonych społecznie kolein losu można poprzez sławę. Popkulturowi bohaterowie, którzy mnie fascynowali – Maleńczuk albo Peja – przechodzili przez kolejne szczeble struktury społecznej z anty-elitarnym nastawieniem. Akcentowali, skąd pochodzą. Ale później, ku własnemu zaskoczeniu, dostałem się na studia i wtedy zobaczyłem, że już to gdzieś mnie przenosi. Poznałem świat inny niż ten, w którym funkcjonowałem dotychczas. Wydawało mi się, że się przesuwam w przestrzeni społecznej, uznałem więc akademię za wehikuł mobilności społecznej, jak nazwałby to Piotr Szenajch. Później okazało się, że to działa inaczej, niż sobie wyobrażałem.

Miałem i w pewnym stopniu mam nadal neurotyczną potrzebę jasnych, czytelnych reguł. Struktura akademicka pozwala w nie uwierzyć, bo teoretycznie obowiązki, procedury i zasady postępowania są w niej bardzo poukładane. Dopiero z czasem zorientowałem się, że decydujące jest to, co za kulisami, ponad pisanymi regułami. Paradoksalne w tym wszystkim było to, że mimo dużo niższego kapitału kulturowego niż posiadała większość moich znajomych na studiach, zapracowałem sobie na kapitał szkolny, który – do pewnego momentu – sytuował mnie względnie wysoko. Ponadto nie musiałem znać filmów i książek autorów, o których mówili koleżanki i koledzy między zajęciami, ponieważ wykrajałem sobie obszary, które mnie interesowały i dzięki temu zaliczałem kolejne przedmioty, ukrywając moją nieznajomość fundamentalnych dzieł kultury. Gdy nie uczestniczyłem w jakiejś dyskusji, koleżanki i koledzy ze studiów myśleli, że jestem „ponad”, bo przecież na pewno miałbym coś do powiedzenia, skoro cieszę się znakomitą opinią wykładowców. Akademia pozwalała mi blefować.

Zdobywanie kolejnych szczebli akademickich wiąże się ze zdobywaniem prawomocności, a więc także władzy. Zaczęło mi na tym coraz bardziej zależeć, ponieważ zauważyłem, że dzięki niej mój głos stał się słyszalny: dzięki akademii mogłem mówić więcej niż dotychczas i z lepszym skutkiem. Jeśli jesteś doktorem, pracownikiem naukowym, asystentem, adiunktem, to masz w ręku mocną kartę. Może nie jest to joker, ale wykładając ją na stół, często przebijasz innych. Nie lubię tego robić, bo wiem, że to gest władzy. Ale często nawet nie muszę, ponieważ ludzie, którzy znają moje wykształcenie, wiedzą, że mam ją w talii.

Paweł Matusz: Ja odpadłem na etapie robienia doktoratu, czyli na drugim stopniu odpadania, po magisterce. Jednak gdy mówię o selekcji w akademii i obecnych tam przeszkodach strukturalnych, nieustannie towarzyszy mi poczucie, że robię z siebie ofiarę. Mam uwewnętrzniony hejt, który utrudnia mi uczestnictwo w tej rozmowie. Jeszcze się z niego do końca nie wyleczyłem. Wciąż zdarza mi się myśleć, że sam sobie jestem winien, że byłem za słaby i nie dałem rady.

Dziś już zupełnie nie wiem, co sprawiło, że chciałem znaleźć się w akademii. Nie umiem odróżnić moich aspiracji od „prawdziwego ja”. Gubię się w tym. Jak odsiać to, co nieopłacalne, a zostawić samą frajdę? Jak wymierzyć moment, w którym koszty przekraczają przyjemność? Jak skończyć z byciem kulturowym kapitalistą? Jak przestać żyć dla swoich aspiracji, a zacząć żyć dla siebie? Nie mam na to odpowiedzi. Gdy studiowałem socjologię, miałem poczucie nieważkości, poczucie wyboru. Rzeczy działy się same. Ludzie spoza akademii wyobrażają sobie, że socjolog robi badania rynku. Ale socjolog zawsze musi określić się wobec akademii. Jeśli jesteś weterynarzem, możesz pracować w lecznicy. Nie musisz być do tego doktorem weterynarii. Możesz używać swoich umiejętności zdobytych na studiach w polach innych, niż akademickie. Tymczasem socjologia narzuca pozostanie w akademii.

Xawery Stańczyk: Tak zwane praktyczne kierunki dają wykształcenie pozwalające na uprawianie zawodu. Dzięki temu odejście z akademii jest „naturalne” i bezbolesne. W przypadku socjologii czy kulturoznawstwa, kierunków związanych ze spojrzeniem z poziomu meta na kulturę i społeczeństwo, a nie z konkretną profesją, odejście z akademii wiąże się koniecznością wymyślenia sobie zawodu.

Paweł Matusz: Akademia wydawała mi się ucieczką ku pracy, która daje satysfakcję i sens. Socjologia ma wpisaną w siebie obietnicę diagnozy świata i jego zmiany. To jest kuszące. Moja terapeutka spytała mnie kiedyś, dlaczego wybrałem socjologię, i poprosiła, bym opowiedział o tematach swoich badań. Kiedy to zrobiłem, drive, by je zrealizować, na chwilę powrócił. Ale wiem, że oddaliłem się już od akademii i jeśli do niej wrócę, to natrafię na mur. Ciągle na nowo stawiam sobie pytanie: chcę tam być, czy nie chcę? Nie wiem. Mierzenie się ze swoimi ambicjami jest trudne, bo musisz ocenić prawdopodobieństwo ich realizacji. Z czasem myśl o akademii stała się dla mnie balastem. Obietnica nieważkości i bezpieczeństwa okazała się ciężarem.

Sny o potędze, przestrogi przed klęską: koszty i korzyści z bycia w akademii

Xawery Stańczyk: W swojej wcześniejszej wypowiedzi wstydliwe pominąłem czynniki ekonomiczne, czyli to, co jest najbardziej konkretne. Dostanie się na studia oznaczało dla mnie, że nie muszę iść do pracy. Po pierwszym roku studiów dostałem stypendium, co uniezależniło mnie od rodziców. Pójście na drugi kierunek studiów też miało motywację finansową. Dwa stypendia sprawiły, że stać mnie było chociażby na intensywny kurs angielskiego. Robiłem go w wakacje, sfrustrowany, że znajomi spędzają lato w milszy sposób. Ale oni nie mieli z angielskim problemu, podczas gdy ja dukałem. Wkrótce później za pieniądze ze stypendiów i dodatkowych fuch – dorabiałem wtedy, pozując w pracowniach malarskich – mogłem wyprowadzić się z domu. Kiedy kończyłem studia, przekonywano mnie, bym poszedł na studia doktoranckie. Uznałem, że to dobry pomysł: nie będę musiał iść do pracy, jeśli znowu dostanę stypendium. Czynnik ekonomiczny trafiał na podatny grunt w mojej wyobraźni, bo fascynowałem się wówczas kontrkulturą, majem 1968 roku, kontestacją oraz towarzyszącymi im hasłami typu: „nigdy nie pracuj”. Dlatego sytuację, w której nie musiałem iść do „normalnej” pracy, traktowałem nie tylko jako przywilej, lecz także realizację mitu, którym zachłysnąłem się jeszcze jako nastolatek. Nie chcę przez to powiedzieć, że w ramach akademii nie pracujesz. To jest praca, czasami nawet ciężka, ale związana z wieloma korzyściami społecznymi i symbolicznymi. Pieniądze w akademii nie są duże, ale pozwalają na przetrwanie i trochę niezależności. Poza tym bardzo chciałem odróżnić się od swojego ojca, który pracował jako handlowiec i z jednej strony wbijał mi i moim siostrom do głowy, że musimy się jak najlepiej wykształcić, ale z drugiej nie był zachwycony tym, że wybieram takie „niepraktyczne” studia i ani myślę o pójściu do pracy. Bardzo chciałem być kimś innym od niego i dopiero poniewczasie zrozumiałem, że w ten sposób realizowałem właśnie jego ambicje przenoszone na dzieci, ponieważ po marcu 1968 roku bramy uniwersytetu się dla niego zamknęły i mógł studiować tylko na SGGW, mimo wcześniejszych aspiracji i obracania się w kulturalnym światku.

Tymczasem im dalej brnąłem na ścieżce akademickiej, tym bardziej oddalałem się od zwyczajnej pracy. Tym samym moja zależność od akademii wzrastała. Stąd później ta bezradność, gdy nauka mnie odrzuciła. Po spędzeniu wielu lat w akademii zdałem sobie sprawę, że nie mam narzędzi do radzenia sobie ze światem w inny sposób. Potrafię stawiać problemy teoretyczne i projektować badania społeczne, ale nie wiem, jak sam miałbym zabrać się za szukanie pracy, napisać CV i zrozumieć treść portali z ogłoszeniami o pracy. Akademia pozwoliła mi przez lata unikać myślenia o sobie i swoich potrzebach, czego do dziś się nie nauczyłem: ta sama sprawa wydaje mi się łatwa do ogarnięcia, gdy trzeba pomóc komuś innemu, a napawa mnie nieprzezwyciężalnym lękiem, gdy chodzi o mnie samego.

Anna Zawadzka: Ja na temat swojej sytuacji ekonomicznej nie myślałam w ogóle, aż do momentu, w którym postanowiłam wyprowadzić się z domu. Miałam wtedy 21 lat. Niemalże z dnia na dzień oświeciło mnie, że teraz trzeba skądś wytrzasnąć pieniądze na czynsz i na życie. Gdzie ja się uchowałam? Myślę o tym jak o własnym kretynizmie. Do tej pory nie musiałam sama kupować chleba i pomidora, bo mieszkałam z matką, która to robiła. Innych potrzeb finansowych praktycznie nie miałam, poza małymi przyjemnościami, na które zarabiałam roznosząc ulotki, sprzątając u sąsiadki i czytając niewidomej kobiecie. Od momentu wyprowadzki czynnik ekonomiczny zaczął odgrywać dużą rolę, ale miałam zaufanie do życia i wiarę w siebie, że to wszystko się jakoś ułoży. Dziś już zupełnie nie mam tej wiary. W porównaniu z okresem studenckim mój poziom lęku finansowego jest niebotyczny.

Kiedy podejmowałam decyzje związane z przyszłością, nie zdawałam sobie sprawy z ich wagi. Kiedy wybierałam kierunek studiów, szłam na studia doktoranckie, brałam się za określone tematy, albo znajdowałam dla siebie nisze w polu nauk społecznych – to wszystko miało znaczenie dla mojej późniejszej „kariery”. Nie byłam jednak wyposażona w kompetencje pozwalające to zrozumieć. Nie miałam także wokół siebie osób, które by ze mną to przedyskutowały, porozmawiałyby ze mną o mojej przyszłości oraz jej kształtowaniu tutaj i teraz. Miało to dobre i złe skutki. Złe, bo mam poczucie przypadkowości tego, jak wygląda moje życie. Podejmowałam ważne decyzje pod wpływem chwili, w sposób nieracjonalny. Dobre, bo podejmowałam te decyzje wolna od strachu. Wolność lub głupota brała się stąd, że moja rodzina nie wyposażyła mnie w poczucie lęku i obowiązku adekwatne do naszej sytuacji klasowej i ekonomicznej. Na przykład moja matka wielokrotnie powtarzała, że najważniejsze jest, bym robiła w życiu to, co lubię, i żebym nie wybierała kierunku studiów pod kątem zawodowym lub finansowym. Ją zmusili do tego rodzice. W efekcie nie lubiła swoich studiów i nie czerpała satysfakcji ze swojej pracy. Uważała, że rodzice ją złamali. Z jednej strony jej argumenty były piękne i szlachetne, z drugiej jednak głupie, ponieważ nie jesteśmy wyposażone w żadne inne kapitały, które zapewniałyby nam finansową stabilność.

Wychowano mnie także w przedziwnych maniach mojego ojca, który żył rozdarty pomiędzy radykalnymi kompleksami wyższości i niższości. Dostałam to po nim w spadku. Ojciec wiecznie śnił o potędze. Jako dziecko wpadałam na milion pomysłów: a to, że będę aktorką, a to, że piosenkarką, a to, że fotografką. Za każdym razem ojciec natychmiast wróżył mi zawrotną karierę, nagrody Nobla i Oskary. Byłam karmiona fantazjami ojca o mojej wielkości, która opromieniałaby także jego jako autora tych sukcesów. Z drugiej strony ojciec nieustannie straszył mnie, że jeśli tylko nie będę w życiu odpowiednio zdyscyplinowana – na przykład nie będę w wakacje wstawać codziennie o 6 rano i myć się w lodowatym strumieniu – to popadnę w degrengoladę i wyląduję „pod mostem”. W rezultacie także żyłam rozpięta między snami o potędze i przestrogami o kompletnej klęsce. Trudno w takich warunkach ocenić, gdzie tak naprawdę jest się w przestrzeni społecznej.

Paweł Matusz: Mnie przestrzegano przed ekonomiczną niepraktycznością moich wyborów. Padłem jednak ofiarą etosu inteligenckiego i aspiracji do niego. Cieszę się, że jestem w stanie zrozumieć swoją sytuację społeczną dzięki temu, czego nauczyłem się na studiach, bo to daje ulgę. Ale uległem też pewnym wartościom, przedstawianym mi jako wyższe. One stały się pułapką. Chciałem dążyć do czegoś, co było w moich oczach istotne. Paradoksalnie zyskałem na tym tyle, że dziś mam umiejętności adekwatnego rozpoznawania swoich kapitałów. To zaś pomaga odnaleźć się w świecie.

W szkole średniej nie byłem najlepszym uczniem, a po studiach nie szukałem pracy w akademii. Widziałem przepaść, jaka dzieliła mnie od dzieci z warszawskich inteligenckich domów. Do wielu lektur musiałem wracać, a pewne rzeczy jestem w stanie zrozumieć dopiero po latach. Inaczej czytałem Judith Butler na pierwszym roku studiów, a inaczej czytam ją teraz. Tymczasem niektórym wystarczy tylko jeden raz. Im bardziej byłem zaangażowany w zdobywanie wiedzy, tym wyraźniej widziałem swoje wcześniejsze braki. Ale kapitał należy nieustannie odświeżać i jeśli nie dzieje się to automatycznie, na przykład za sprawą rozmów przy obiedzie z rodzicami, to wtedy trzeba włożyć w to mnóstwo energii. Tata albo mama nie mogli wytłumaczyć mi Eliasa przez telefon na dzień przed kolokwium, albo wskazać, które rozdziały z jego książki mogę pominąć. W niektórych książkach ważnych jest tylko kilka zdań. Musiałem jednak parokrotnie przeczytać całość, żeby te zdania samemu wychwycić. Mimo wszystko jakiś czas po mojej obronie mój promotor napomknął o publikacji fragmentu mojego licencjatu. To był szok. Wtedy pomyślałem, że być może jest tu dla mnie miejsce. Zdałem na studia doktoranckie.

Zostałem wysadzony z mojej trajektorii po części także dlatego, że korzystałem z wolności od ekonomii. Najpierw bezwarunkowo wspierała mnie matka , potem otrzymałem rentę po ojcu. Na studiach doktoranckich nie dostałem stypendium, bo nie miałem certyfikatu znajomości języka, co między innymi zmniejszało moją punktację. Wtedy przestała działać siła, która wystrzeliła mnie z klasowo przypisanej ścieżki. Musiałem iść do pracy. Poczułem nader wyraźnie różnicę między mną a pozostałymi studentami, którzy coraz częściej – bo na kolejnych stopniach edukacji selekcja jest coraz ściślejsza – byli z domów profesorskich. Oni nie doświadczali przymusu ekonomicznego. Mogli czerpać czystą radość z reprodukcji wartości autotelicznych polskiej inteligencji. Nie radziłem sobie z tym. Nie mogłem patrzeć na ich styl życia. Pamiętam uczucie braku kontroli nad swoim życiem towarzyszące mi, gdy oddawałem 40 godzin tygodniowo światu pracy kosztem nauki i radości, a także dojmujące wrażenie, że między mną a moimi kolegami ze studiów, którzy pochodzą z inteligenckich warszawskich domów, dosłownie powstała przepaść. Ten resentyment: dlaczego ja muszę pracować za grosze, a oni nie? Funkcjonowałem wtedy na najwyższych obrotach, bo próbowałem się wyrobić. A tymczasem moi znajomi zaczęli wtedy jeździć na konferencje, pisać artykuły i osiadać w świecie akademickim. Osiadać niczym pył, bo tego osiadania nie widać.

Anna Zawadzka: Jak ty w ogóle byłeś w stanie robić szkołę doktorancką i jednocześnie pracować osiem godzin dziennie pięć dni w tygodniu?

Paweł Matusz: Ludzie mówią: nie rób z siebie ofiary, bo ktoś inny funkcjonował tak pięć lat. Ktoś wyjechał na truskawki po maturze, by mieć pieniądze na studia. Porównujemy się z twardszymi od nas. Mam przyjaciela, który doświadczył radykalnego klasowego wyobcowania na wydziale filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Co roku jeździł do Niemiec jako gastarbeiter do pracy przy kwiatach. Zawsze o nim myślę, gdy narzekam na swoje doświadczenia. On był bardziej pracowity. Teraz obaj jesteśmy poza akademią, ale mam poczucie, że nie dałem z siebie wszystkiego. Mimo że potrafię przeanalizować przebieg społecznej selekcji, której doświadczyłem, nadal myślę, że powinienem był się bardziej postarać. Z rentą po ojcu mogłem trochę dłużej spacerować po uniwersyteckich ogrodach. Chodzi się po nich jak w antycznej Grecji: bez grawitacji. Gdy renta się skończyła, kresu dobiegł także mój czas. Kiedy pracujesz 40 godzin w tygodniu i jednocześnie studiujesz, nie ma czegoś takiego jak czas wolny. Wtedy też zwróciłem się wyraźnie ku myśleniu materialistycznemu.

Ironią losu jest, że kiedy już podjąłem decyzję o wyjeździe z Polski, Instytut Socjologii UW przyznał mi stypendium socjalne w wysokości 400 złotych miesięcznie. Po siedmiu latach edukacji. Złożyłem papiery o to stypendium w listopadzie, a dostałem je w marcu. Było to gorzko-śmieszne. Bo co zrobisz z 400 złotymi? Zapłacisz za pokój. Potrzebujesz jeszcze trochę na kaszę i makaron.

Bourdieu i ulga obiektywizacji

Xawery Stańczyk: Paweł wspomniał o czystej radości z uprawiania nauki. Myślę, że nierzadko czysta radość ma charakter performatywny. Można by to ująć w kategoriach teatru życia codziennego. Erving Goffman dostrzegł, że niektóre rzeczy uważamy za autentyczne właśnie dlatego, że je odgrywamy. Teatralność nie jest przeciwieństwem autentyczności, lecz wytwarzaniem sytuacji społecznych. Pamiętam, że krążył żart, według którego egzaminy na kulturoznawstwo stanowią performance. Dziś mogę powiedzieć, że performance’m jest także samo studiowanie w Instytucie Kultury Polskiej UW. Byłem w tym dobry. Lubiano tam barwne, oryginalne postacie, co pozwalało mi sprawnie funkcjonować w tym otoczeniu. Na kulturoznawstwie nie było nabożnego stosunku do nauki, nie czyniono z niej świątyni. Irytowało mnie jednak, że kiedy ja zakuwałem, bo czułem się wrzucony na głęboką wodę po bardzo przeciętnym liceum, większość moich znajomych czerpie ze studiowania głównie przyjemność. Raz chodzą na zajęcia, a raz nie, przy czym fajnie się czują, bo studiują w tym samym instytucie co gwiazdy młodej literatury takie jak Masłowska, Drotkiewicz, Nahacz czy Cecko. Mi to przeszkadzało i łatwo się usztywniałem. Obawiałem się, że zostanę zdemaskowany jako nuworysz. I w pewnym sensie zostałem, bo już nie pracuję naukowo. Właśnie z obawy przed demaskacją powtarzałem w kółko, że rzucam te studia, że już nie mogę.

Ratunkiem okazał się wtedy wybór drugiego kierunku: socjologii. Tam odkryłem inny świat społeczny. Byłem dwa lata starszy od większości osób na moim roku, co stawiało mnie w innej pozycji, także wobec wykładowców, których stosunek do studentów był znacznie bardziej szkolny niż na kulturoznawstwie. Socjologia to nie była radość, lecz właśnie szkolna sytuacja, w której trzeba było przyjść, przeczytać, wykuć i zaliczyć. Ludzie z kulturoznawstwa powiedzieliby: nuda. Dzisiaj sam bym od tego uciekał. Wtedy jednak pozwoliło mi to odetchnąć od ciągłej konieczności performowania. Dodatkowo korzystałem z faktu, że mogę grać dwiema tożsamościami. Na kulturoznawstwie mówiłem, że studiuję socjologię, podczas gdy na socjologii mądrzyłem się o kulturze. Okres wytwarzania w sobie zdolności do czystej radości z procesu poznawczego jest bardzo bolesny. Radość z czytania, pisania, prowadzenia badań towarzyszy mi dopiero od trzech-czterech lat. Wcześniej to był upór, zaciskanie zębów i zmuszanie się. Czysta radość nie przychodzi sama. Trzeba się jej nauczyć.

Anna Zawadzka: Myśmy się jej uczyli, bo nie dostaliśmy jej w pakiecie klasowym. Nie dotyczy to jednak wszystkich. Akademia dała nam możliwość obiektywizacji własnych ograniczeń. Myślę, że jest wiele osób, które pną się po szczeblach akademickiej kariery, nie czerpiąc z socjologii tego typu satysfakcji. Szukają w niej czegoś innego, niż myśmy tam znaleźli. To nie jest przedmiotem ich refleksji. Bardzo egoistycznie czerpaliśmy z socjologii. Mieliśmy potrzebę odnalezienia się, chcieliśmy zobaczyć siebie w kontekście całego pola, a nie tylko jako patologiczne jednostki, które nie dają sobie rady. Jeśli jednak poruszasz się w tym polu, nie obijając się o jego granice, co innego cię wtedy w socjologii przyciąga, zakorzenia i karmi.

Xawery Stańczyk: Edukacja otwiera szerokie spektrum wolności, tyle że nie wszyscy mamy kapitały, aby z tego spektrum skorzystać. Dlatego podejmujemy decyzje gorsze niż ci, którzy mają kapitał i wcieloną wiedzą, jak poruszać się po przestrzeni akademickiej. Od nas wymaga to znacznie więcej czasu, namysłu i wstydliwych sytuacji wypytywania, dowiadywania się, błądzenia, rozglądania czy naśladowania. To powoduje uwewnętrznienie syndromu oszust, który wdrukowuje nam akademia.

Paweł Matusz: Co rozumiesz przez syndrom oszusta?

Xawery Stańczyk: Mam na myśli to, co po angielsku nazywa się impostor syndrome: poczucie, że nie masz prawa być tam, gdzie jesteś, wskutek którego nieustannie boisz się demaskacji.

Anna Zawadzka: Być może wszyscy troje popełniliśmy ten sam błąd. Dostaliśmy od socjologii narzędzie do rozumienia samych siebie, co dało nam ulgę. Ale przez to ulegliśmy iluzji, że socjologia jest naszym miejscem. Uznaliśmy ją za swój dom. Nie zrozumieliśmy, że drobny wycinek myśli socjologicznej, w którym znaleźliśmy ukojenie, nie neutralizuje struktury akademickiej.

Paweł Matusz: Po kilku latach studiowania nauczyłem się czerpać radość z badań, w tym także z rozpoznawania samego siebie na społecznych mapach. Czytałem Bourdieu, jak czyta się atlas. Ten proces, to traktowanie Dystynkcji Bourdieu jako atlasu, uświadomiła mi między innymi Małgorzata Jacyno na swoim seminarium.

Anna Zawadzka: Tym Bourdieu był i jest dla nas, bo łączy nas niejednoznaczne uplasowanie klasowe. Wszyscy jesteśmy na drodze awansu, przez co odczuwamy klasowe niedopasowanie, a teoria Bourdieu stanowi dla nas remedium na wynikające z tego konfuzje i cierpienia. Dzięki Bourdieu zrozumieliśmy swoje biografie, bo doświadczyliśmy upokorzeń związanych z przesunięciami klasowymi: nas względem tego, co nam przeznaczone. Kiedy jednak jesteś bezkolizyjnie osadzony w swojej klasie, wtedy Bourdieu cię drażni. Niejednokrotnie obserwowałam to rozdrażnienie u swoich studentek/ów.

Xawery Stańczyk: Inaczej niż teoretycy marksistowscy, którzy często posługują się hipostazami klas społecznych określanych przez pryzmat ich pozycji w stosunkach produkcji, Bourdieu z jego skupieniem na praktykach społecznych, pozycjach w polu, habitusach i stylach życia oferuje zwierciadło, w którym możesz się przejrzeć ze wszystkimi niejednoznacznościami. W pierwszych dwóch dekadach III RP było dużo ruchów tektonicznych w przestrzeni społecznej i towarzyszącej im dezorientacji. Nie lubię kategorii pokolenia, ale jakiejś części naszego pokolenia Bourdieu dał dużo lepsze narzędzia do zrozumienia tej dezorientacji niż marksizm, którego teatralną maszynerię nauczyłem się cenić dopiero po opanowaniu Bourdieuańskich narzędzi do jej obsługi.

Paweł Matusz: W moim wypadku studia były także ucieczką do dużego miasta. Poszedłem do Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, bo były tam gender studies i byli wykładowcy, których nazwiska oznaczały dla mnie: tu nie ma homofobii i antysemityzmu, tu się homofobię i antysemityzm BADA. Teraz, odchodząc z akademii, używam narzędzi, które tam dostałem, by sobie z tym jakoś radzić. W ten sposób ciągle pozostaję w jej obrębie. Nawet sposób, w jaki dystansuję się od akademii, by nie zwariować od nadmiaru frustracji, wziąłem stamtąd. Tu uwidacznia się totalność akademickiej trajektorii. Z jednej strony jestem bezradny w akademii, bo nie wiem, jak jeździ się na konferencje i przygotowuje publikacje, ani jak uporać się z profesorami, którzy na przykład podrywają cię, zamiast zaoferować pomoc. Z drugiej strony jestem bezradny wobec świata poza akademią, bo przez wiele lat nie musiałem się z nim zmagać, ani budować sobie w nim pozycji. Ostatecznie nie jestem ani tu, ani tam.

Strategie, role i ścieżki słonia w składzie porcelany

Anna Zawadzka: Ta rozmowa uświadamia mi, że dopiero od kilku lat nie poruszam się już w polu akademickim kompletnie po omacku. Jest to związane z utratą złudzeń na jego temat i konfrontacją z własnymi ograniczeniami. Jednym z tych ograniczeń jest brak wiary w siebie. Dotyczy to w mniejszym stopniu wiedzy, którą można przyswoić, czytając książki, a w większym życia towarzyskiego: tego, jak się mówi, porusza, ubiera, wygląda, zachowuje, o czym się rozmawia, gdzie się chodzi, jaki się ma pakiet oczywistości, o czym prowadzi się konwersacje w kuluarach. Bez względu na to, jaki mam stosunek do własnej niekompetencji – może mnie ona zawstydzać lub irytować, mogę czerpać z niej poczucie obcości lub dumy – powoduje to alienację. Powoduje, że czuję się oszustem, o czym wspominał Xawery. Nieustannie odczuwam strach, że popełnię gafę, zrobię coś, co mnie ośmieszy. W efekcie przestrzeń akademicka wydaje mi się najeżona kolcami, na które na pewno nastąpię. Bardzo późno odkryłam, że większość osób, które otacza mnie w środowisku akademickim, nie podziela tego odczucia. Przeciwnie: z przyczyn rodzinno-klasowych to jest ich świat jak żaden inny. Gesty i postawy, które ode mnie wymagają wielkiego wysiłku, dla nich są proste jak oddychanie. To są ich automatyzmy. Kiedy robiłam doktorat, moja promotorka regularnie spotykała się ze mną na długie rozmowy. Przynosiła mi inspiracje i lektury, była w tym niebywale hojna. Traktowała mnie partnersko, chciała ze mną dyskutować. Czułam się dowartościowana faktem, że osoba, którą podziwiam, uważa mnie za interesującą rozmówczynię i decyduje się poświęcać mi tyle czasu. Za każdym razem, gdy wracałam z tych spotkań potwornie bolała mnie głowa, byłam spocona i szumiało mi w uszach. Moje ciało jasno dawało znać, że wkładam w te sytuacje – niby mało wymagające, bo przecież siedziałyśmy w kawiarni – niesamowity wysiłek. Wysiłek prezentowania się jako osoba warta rozmowy, ciekawa, mądra, inteligentna. Nigdy nie uważałam, że taką osobą jestem, starałam się więc to odegrać. Fizyczne objawy słonia, który spędza czas w składzie porcelany i próbuje niczego nie stłuc, to coś, co towarzyszy mi do dziś, ilekroć przebywam w akademickich środowiskach. Po wystąpieniu na konferencji w prestiżowym Princeton, gdzie w dodatku pierwszy raz referowałam po angielsku przed anglojęzyczną publicznością, na tydzień straciłam słuch. To są koszty klasowego niedopasowania.

Xawery Stańczyk: W akademii jest mnóstwo strasznych ludzi. Ale jest tam też dużo ludzi łagodnych i dobrych, którzy mimo wszystko sprawiają, że czujesz się koszmarnie. To są niesamowicie miłe, życzliwe, otwarte osoby. Trudno więc wyjaśnić, czemu jest ci źle w ich towarzystwie. Trudno się za to nie atakować i nie szukać winy w sobie. Przecież te osoby nie chcą źle, przeciwnie: z troską pytają, dlaczego tak dziwnie się zachowujesz i słabo się czujesz. Moment, w którym pada takie pytanie, jest momentem absolutnej alienacji. Zdajesz sobie wtedy sprawę już nie tylko z własnego wyobcowania, lecz także z tego, że to wyobcowanie jest niezrozumiałe, obce i niepokojące dla ludzi wokół ciebie.

Mój macierzysty instytut opiera się tyleż na inteligenckim etosie pracy, co na specyficznej formie towarzyskości i wspólnotowości, w których bardzo trudno zorientować się, jak daleko można i należy posunąć się we fraternizacji. Odbierałem to jako kolejne obciążenie, wysiłek i obowiązek, w którym nie mam ani czasu, ani pieniędzy uczestniczyć. A jednocześnie czułem się upokorzony faktem, że coś, co ludzie robią dla przyjemności – wspólne spędzanie czasu wolnego albo wspólna zabawa – we mnie wywołuje strach, niechęć czy reakcję ucieczkową. Przypuszczam, że w rezultacie stałem się nieatrakcyjny jako potencjalny pracownik naukowy – skoro nie chciałem brać udziału w formach wspólnotowości łączących tak zwaną społeczność Instytutu Kultury Polskiej UW, to najwidoczniej było mi tam źle i należało mnie od tego ciężaru uwolnić. To są niepisane reguły gry, których w akademii jest całe mnóstwo. Nie chodzi o żadne spiski, zmowy ani tajemnice, lecz o oczywistości pola, które dla osób bez odziedziczonego lub wytworzonego własną pracą habitusu stanowią tor przeszkód.

Anna Zawadzka: To jest tak, jak z nieznajomością języka. Z badań wynika, że jeśli angielski jest twoim drugim językiem, to zostaniesz oceniony przez native speakerów jako osoba głupsza, nawet jeśli będziesz mówić bardzo mądre rzeczy. Wielokrotnie byłam oceniana jako osoba niemądra lub nieciekawa właśnie dlatego, że nie mam pewnych kompetencji kulturowych związanych chociażby z tym, jak się swobodnie rozmawia. Czasami były to sytuacje decydujące o mojej tak zwanej karierze.

Paweł Matusz: Jeśli nie starcza ci swobody i dopasowania, możesz obrać strategię feudalności. Wtedy zyskujesz tym więcej, im głębiej wejdziesz w rolę ucznia, im bardziej będziesz podziwiać, im silniej ulegniesz charyzmie, im gęściej posypiesz głowę popiołem. To okropna, ale dosyć stabilna pozycja. Trzeba zachowywać się pokornie, potulnie i służalczo, a potem sobą za to zbytnio nie gardzić. Chciałem pisać doktorat o klasie, seksualności i prowincji. Profesor, którego poprosiłem o bycie moim promotorem, wyśmiał mnie. Kilka lat później ten sam temat okazał się istotny i poważny, bo osoby z zagranicznymi kapitałami – Édouard Louis i Didier Eribon – nadały mu stosowną rangę. Z jednej strony to cieszy, bo okazuje się, że mój temat nie był głupi…

Anna Zawadzka: Z drugiej jednak wkurza, bo najwidoczniej nie byłeś wystarczająco prawomocny w oczach profesora, z którym rozmawiałeś, żeby uznał twój pomysł za godny uwagi. Jak to zwykle bywa w akademii, ważniejszy okazał się status osoby mówiącej niż to, co jest mówione.

Xawery Stańczyk: Jestem w stanie wykonywać te wszystkie służalcze gesty wobec profesorstwa – używać tytulatury, pisać bardzo grzeczne maile w rodzaju „zwracam się z uprzejmą prośbą do Szanownej Pani Profesor, czy Pani Profesor wyraziłaby swoją przychylność…” – dopóki ma to charakter oficjalny. Te gesty wskazują na realną różnicę między naszymi pozycjami i to jest ok, dopóki ta różnica nie zostanie zniesiona. Problem zaczyna się, kiedy realną różnicę maskują nieformalne relacje. Dostajesz zaproszenie na kolację, wino, imprezę albo ognisko. Teoretycznie rozmawiacie na równej stopie, przechodzicie na „ty”. Różnice pozycji jednak nie znikają. Trzeba więc kontrolować się, by nie użyć złego słowa, nie podnieść głosu, nie śmiać się zbyt rubasznie. To jest dla mnie dużo trudniejsze niż sytuacje oficjalne, których obsługi łatwiej się nauczyć.

Anna Zawadzka: W sytuacjach nieoficjalnych trzeba udawać swobodę. Ponosiłam na tym polu porażkę za porażką. Nie umiem uwodzić i czarować, by zostać zaproszoną do zespołu badawczego, albo dostać fuchę przy grancie. Muszę więc nadrabiać to szkolnością: obowiązkowością, terminowością, punktualnością, pracowitością i odpowiedzialnością. Syndrom wzorowej uczennicy sprawia, że co prawda mam pracę, ale niską pozycję społeczną w tejże oraz znikomą atrakcyjność towarzyską w ogóle, a do tego dużo obowiązków, których wykonywanie nie przekłada się na inne kapitały. Jestem przydatna, więc płaci się mi minimum, bo coś trzeba dać. W przypadku genderowo męskich ról możesz być „dziwakiem” i nadal cieszyć się szacunkiem jako ktoś genialny lub wyjątkowy. Jest taka nisza dla mężczyzn: odszczepieniec, który wzbudza podziw. Jednak w przypadku kobiet to nie działa.

Xawery Stańczyk: Często zajmowałem tę niszę. Przeszkadzało mi jednak, że ludzie postrzegali to jako pozę. Mogłem narzekać, wypowiadać kontrowersyjne opinie i radykalne sądy, bo traktowano to jako część mojego dziwactwa. Kiedy jednak chciałem zabrać głos na poważnie, napotykałem opór. Jakbym przenosił coś, co jest rolą towarzyską, do poważnej dyskusji. Nisza „dziwaka” nadaje aurę genialności dopóki, dopóty niczego z tej pozycji na serio nie kwestionujesz. Wrócę do performatywności, o której mówiłem wcześniej: możesz performować dziwactwa, odgrywać radykalizm, nosić ekstrawaganckie ciuchy, zachowywać się ekscentrycznie i gadać wszelkie głupstwa tak długo, jak długo nie narusza to normy, a jedynie ją odświeża, stylizuje i urozmaica. By powiedzieć to w inny sposób: możesz parodiować, nie możesz queerować.

Paweł Matusz: A propos korzystania z opinii „dziwaka”: kiedy zdawałem na studia doktoranckie, obrałem strategię, by przygotować możliwie najbardziej „egzotyczny” projekt. Maksymalnie go squeerować, by przeszedł wskutek poprawności politycznej albo na zasadzie kwoty. Queer to także pewna rola w akademickim polu, w którą można uciec, by coś dzięki niej ugrać. Mój projekt śmierdział postmodernizmem, bo specjalnie przegiąłem go w tę stronę.

Wiele osób dostało się na studia doktoranckie, używając kapitału szkolnego. Ale byli też tacy, którzy zrobili to za pomocą networkingu. „Wychodzili” to sobie. Wiedzieli, komu się zaprezentować i jaką inicjatywą się wykazać. Ja tymczasem jestem człowiekiem bez inicjatywy: idę ścieżką niekreatywną, pozostaję bierny, podążam za regułami, ponieważ w ten sposób rekompensuję sobie braki kapitałów. I wiem, że to moja postawa oceniana jest jako niewłaściwa, a nie tych, którzy dostali się na studia doktoranckie dzięki zbudowaniu relacji towarzyskich.

Oboje wspomnieliście o tym, że nie czuliście się traktowani poważnie i akademia miała to zmienić. Podzielam to doświadczenie; wyniosłem je z domu rodzinnego. Ostatecznie jednak wszystko, co zaczerpnąłem z akademii – feminizm, badania nad seksualnością, teoria queer – także nie jest brane na poważnie. Budzi raczej śmiech i lekceważenie, zwłaszcza w Polsce. Jestem zatem ponownie w punkcie wyjścia. Wyruszyłem w drogę akademicką skuszony obietnicą zmiany, otrzymałem tam skrzynkę z narzędziami i w nią wyposażony ruszyłem dalej, ale ostatecznie moja pozycja się nie zmieniła. Nie dostałem tego, po co tam poszedłem. Nadal wyglądam niepoważnie.

Frustracja, wstyd, zagubienie: życie po akademii

Xawery Stańczyk: Do tej pory rozmawialiśmy o byciu w akademii. Przejdźmy do tematu życia po odejściu z niej. Mówiliśmy już, że nie ma autentycznych, naturalnych tożsamości. Częścią mojej stały się kwestie, w które obrosłem właśnie w świecie akademickim. Teraz ta część straciła swoją funkcjonalność. Akademia ma poważne ograniczenia, takie jak odcięcie od społeczeństwa czy abstrakcyjne ideały rozwoju naukowego. Czy można jednak wyobrazić sobie działalność intelektualną i badawczą poza jej murami? Czy istnieją porównywalne pod tym względem pozycje, nieprzynależne do tej instytucji? Chciałbym także porozmawiać o tym, jak zmieniło się nasze otoczenie społeczne. Mam poczucie, że ludzie z akademii nie wiedzą, jak ze mną rozmawiać. Za rytualnym pytaniem „co u ciebie słychać” kryje się oczekiwanie domkniętej historii. Mam opowiedzieć, jak znakomicie poukładałem sobie życie poza akademią. Wypadłem ze środowiska, w którym co prawda byłem wyalienowany, ale nauczyłem się w nim funkcjonować. Źle się tam czułem, ale będąc poza nim, nie czuję się lepiej. Wypadnięcie nie jest rozwiązaniem sytuacji.

Anna Zawadzka: Ja ciągle jedną nogą jestem w akademii. Trzymam ten sznurek i boję się go puścić, ponieważ być może znowu będę próbować wywalczyć tam dla siebie jakieś miejsce, na przykład aplikując o grant albo stypendium. Wciąż współtworzę czasopismo akademickie. Jako emigrantka za chlebem musiałam jednak podjąć pracę fizyczną w pełnym wymiarze godzin. Wykonywałam ją prawie dwa lata. Przez ten czas moje życie zmieniło się radykalnie. Na co dzień zajmowałam się niemal wyłącznie zaspokajaniem podstawowych potrzeb. Wracałam z pracy brudna, spocona, głodna i tak zmęczona, że nie miałam siły na nic poza oglądaniem seriali. Skupiałam się więc na tym, by zdążyć zrobić zakupy, ugotować jedzenie i się wyspać. Nieustanna walka z czasem, sennością i obolałymi mięśniami nie idzie w parze z akademickim namysłem. Moje życie skurczyło się do wymiaru przetrwania. Dziś nie wiem, co powiedzieć, gdy ludzie pytają, co u mnie słychać. Głupieję, kiedy ktoś pyta, jaki jest mój zawód. Nie mam pojęcia, jak się określać. Żongluję. Raz mówię, że jestem ogrodniczką, innym razem, że mam dwie prace. Ale tak naprawdę nie wiem, kim jestem.

Paweł Matusz: Od czasu emigracji, a być może jeszcze wcześniej, od czasu gdy kowadło w postaci braku środków do życia spadło mi na głowę, orbitowałem wokół akademii. Jestem od niej coraz dalej. Nie udaję się jednak w kierunku wolności i wszechświata, lecz w pustkę. Ostatnio mój znajomy, który pisze doktorat, zapytał mnie, co robię. Siliłem się, by opisać, co widzę z mojej orbity. Tymczasem na to samo pytanie moja przyjaciółka odpowiedziała: jestem na zasiłku, nie robię nic. Bez wstydu. Z dumą i przekorą. Ja też chcę tak mówić.

Od roku oficjalnie nie jestem na liście studentów. Mam coraz więcej znajomych spoza akademii. To z nimi spędzam czas i dzielę się swoimi sprawami. Nasze rozmowy nie są rozmowami filozofów w ogrodach Edenu; są rozmowami o kasie. To daje mi ulgę. Pracowałem w szkolnej świetlicy jako wychowawca i asystent dziecka z niepełnosprawnościami. Tam ulgę przynosiło mi obiektywizowanie szkolnej rzeczywistości za pomocą kategorii, o których Bourdieu i Passeron pisali w Reprodukcji. Inaczej byłaby ona nie do zniesienia.

Dbam o swoją alienację od kapitałów, których nie posiadam. To jest jak ocieplanie i wygłuszanie domu. Grawitacja ciągnie, ale ciągle jeszcze widzę źródło siły, do której kiedyś dążyłem i która przez jakiś czas kształtowała moje życie. Na pytanie, kim jestem i czego chcę, kiedyś potrafiłem odpowiedzieć wieloma zdaniami. Teraz nie chcę w ogóle słyszeć tego pytania. Budzi ono moją irytację. I nie zadaję tego pytania innym, ponieważ wiem, że odpowiedź będzie zawsze podszyta wstydem.

Xawery Stańczyk: Początkowo ponosiłem wysokie koszty dostosowania się do świata akademickiego. Kiedy obroniłem doktorat, poczułem większą odpowiedzialność za to, co piszę. Nie mogłem już robić fuszerki, jak wtedy, gdy jako doktorant gromadziłem punkty do indeksu. Dopiero niedawno zrozumiałem, co to naprawdę znaczy prowadzić badania i jak należy konstruować teksty naukowe. Nauczyłem się, jak być systematycznym i czerpać satysfakcję z tej pracy. Ale właśnie wtedy ją straciłem. Postrzegam to jako stratę nie tylko przyszłości, lecz także przeszłości, która polegała na wieloletniej inwestycji, by odnaleźć się w tym polu. Stratę przeszłości rozumiem też jako zaprzepaszczony czas, który można było wykorzystać na podążanie innymi drogami życiowymi. Zostałem odcięty od tego, co było kiedyś, i od tego, co planowałem. A świat wokół nie zaczekał. Nie jest już taki, jak był wtedy, gdy zaczynałem studia doktoranckie. Sam też jestem starszy. Wszystko to budzi moją frustrację, złość i gniew, które łatwo byłoby skanalizować w ogólną niechęć wobec akademii. A jednak nie chcę tego robić. Uważam, że to byłoby za proste. Oczywiście dałoby się to zracjonalizować, argumentując, że hierarchia, że przywileje, że konserwatyzm. Ale nie chcę tego tak podsumowywać.

Cały czas staram się ponownie zacumować w świecie akademii. Obecnie pracuję, redagując czasopisma naukowe, co prawda z innej dziedziny niż moje wykształcenie, ale przynajmniej z poczuciem, że zdobywam wiedzę, którą w przyszłości mógłbym wykorzystać w akademii. Jako redaktor językowy przygotowujący tekst do druku mogę sobie czasem poużywać na artykułach profesorów, w pasywno-agresywnej formie pisząc komentarze typu: „tutaj jest tautologia”, „brakuje przypisu”, „sformułowanie zbyt ogólne i nie poparte argumentami”. Niestety to działa też w drugą stronę: szlag mnie trafia, kiedy widzę, jak fatalne teksty są publikowane w wysoko punktowanych czasopismach. Po godzinach sam piszę artykuły, staram się być na bieżąco z lekturami, regularnie prowadzę warsztaty i dyskusje. Pragmatycznie rzecz biorąc, dalsza inwestycja w podtrzymywanie tego kontaktu nie ma sensu. W ten sposób przedłużam tylko stan, w którym przekonuję samego siebie, że jeszcze nie wypadłem całkiem z obiegu. Nieustannie zadaję sobie pytanie, czy istnieje szansa powrotu, a jeśli tak, to jak tego dokonać. Wszystko to obciąża mnie fizycznie i czasowo. Mam regularną pracę poza akademią, a jednocześnie próbuję uprawiać naukę, w wyniku czego nie mam czasu na życie prywatne i jestem nieustannie zmęczony, a mój gniew i frustracja nie maleją.

Mówiłaś, Aniu, o tym, że w nowym miejscu pracy twój kapitał kulturowy nie ma znaczenia, choć przewyższa kapitały kulturowe kolegów. W mojej pracy jest inaczej. Przyszedłszy z akademii, jestem tam szanowany jako ktoś z dużą wiedzą, przydatną do redakcji i zarządzania czasopismami naukowymi. Z jednej strony to miłe, z drugiej jednak frustrujące, bo nie pozwala zapomnieć, że znajduję się w innym miejscu, niż chciałbym. Może to zabrzmi w stylu kontrkulturowej, radykalnej lewicy, która nienawidzi klasy średniej, ale często myślę, że choć moja praca jest nisko płatna i niszowa, to wolę ją niż dobrze płatne stanowisko, gdzie kapitalizowałbym swoją wiedzę i doświadczenia, pracując z ludźmi, których nie znoszę. Ludźmi, którzy dużo zarabiają, wykonują nikomu niepotrzebne czynności, powtarzają banialuki i uosabiają status quo. Byłoby to dla mnie wyniszczające. Odnoszę się tu do konfliktu między wartościami, a potrzebą przynależności. Przynależność do spauperyzowanej grupy redaktorów odpowiada mi dużo bardziej niż akces do klasy średniej. Dlatego nie chcę być przeciwko akademii, nawet widząc, jak ona się kompromituje i pogrąża. Chcę robić rzeczy dla siebie. Nie wiem tylko, jak znaleźć możliwość robienia tych rzeczy poza akademią: czy są jakieś inne fora, na których można próbować się przebić ze swoim głosem?

Strata po tamtej stronie

Anna Zawadzka: Jeśli chodzi o akces do klasy średniej, to chciałabym zarabiać dobre pieniądze i nawet byłabym gotowa robić za to rzeczy idiotyczne oraz wytrzymywać towarzystwo ludzi, których nie cierpię, ale jestem głęboko przekonana, że nie mam na to najmniejszych szans. Nie znalazłabym takiej pracy. Mój obraz tego, czym w ogóle jest praca, moje kompetencje zawodowe oraz moje wyobrażenia na temat rynku pracy zostały ukształtowane 15–20 lat temu. Od tego czasu nastąpiły kolosalne zmiany. Powstało mnóstwo nowych zawodów, a mnóstwo innych straciło rację bytu, konieczne do zdobycia są umiejętności inne niż wtedy, a te, które ja posiadam, nie mają dziś znaczenia. Zawsze pytam nowo poznanych ludzi, gdzie pracują. Gdy wymieniają nazwy swoich zawodów lub stanowisk, głupieję. Nie wiem, co te słowa znaczą. Dopytuję: „Ale to co ty konkretnie robisz?”. Na rynku pracy czuję się jak analfabetka. Zmieniły się nie tylko zawody, lecz także podział pracy, ja tymczasem utknęłam w starych strukturach, bo w nich wciąż operuje akademia. Wiem, jakie tam są możliwości i stanowiska. Wolny rynek pracy w kapitalizmie jest dla mnie wielką niewiadomą. Czuję się wobec niego skrajnie niekompetentna i nie umiem przedstawić moich umiejętności w sposób, który okazałby się tam skuteczny.

Mówiłeś, Xawery, o frustracji na skutek wypadnięcia z akademii. W moim krajobrazie wewnętrznym frustracja łączy się głównie z byciem w akademii. Ostatnie dwa lata w Polsce upłynęły mi pod znakiem rosnącego gniewu, żalu i alienacji. Te uczucia narastały, bo moje wysiłki zawodowe – badania, wykłady, kursy, teksty – wydawały się iść w próżnię. Nikt tego nie czytał, nikogo to nie interesowało. Prześladowało mnie poczucie braku sensu mojej pracy. Dramatycznie niskie zarobki również nie polepszały mi nastroju. Rosło we mnie tyleż wstydliwe – bo za kogo ja się uważam – co dojmujące poczucie braku rozpoznania. Coraz boleśniej odczuwałam sytuacje, które być może w innych warunkach wydałyby mi się błahe. Na przykład nie zaproszono na mnie konferencję o dziewictwie, mimo że moje badania na temat dziewictwa i moja książka o dziewictwie jako jedyne podejmowały ten temat w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Trudno więc było mi nie myśleć o tym jak o celowym wykluczeniu, a jednocześnie beształam samą siebie, że tworzę teorie spiskowe. Z czasem izolacja zamieniła się w auto-izolację: przestałam gdziekolwiek aplikować, by nie musieć doświadczać odrzucenia, ponieważ coraz słabiej sobie z nim radziłam.

Byłam zniszczona produkowaniem rzeczy, które nie mają dla nikogo znaczenia. Jest więc dla mnie ulgą, że już tego nie czuję. Nie doczekałam się rozpoznania, ale przestałam robić rzeczy, za które bym go oczekiwała. Z tym wiąże się jednak sprawa dużo poważniejsza: straciłam poczucie sensu, które nakręcało mnie przez wiele lat. Odkąd pamiętam, miałam potrzebę zabierania głosu. Moją największą ambicją było umieć klarownie przedstawiać i wyjaśniać sprawy oraz przekonywać do swoich racji. Nim na stałe związałam się z akademią, robiłam to poza nią: byłam aktywistką feministyczną, miałam zespół rapowy, pracowałam jako dziennikarka, zrobiłam film dokumentalny. Dziś nie chce mi się pisać. Nie chce mi się dyskutować. Nie mam zrywu, by coś udowadniać, kłócić się o coś, coś klarować. Została mi po tej potrzebie dziwna pustka. Nie wiem, czym ją zapełnić. Nie jest to jednak proces negatywny, lecz oznaka zdrowienia. Może wreszcie zacznę żyć dla siebie, zamiast szukać nieustająco jakiejś „sprawy”, jakiejś użyteczności w świecie.

Użyłeś, Xawery, słowa „strata”. Kiedy myślę o Twoim i Pawła wypadnięciu z akademii podobnie jak Erin Bartram, widzę stratę po tamtej stronie1. To wy jesteście stratą akademii, kapitałem, który ona traci. Akademia nie ma swojej świadomości, więc tego nie odczuwa, ale to nie znaczy, że taka perspektywa nie istnieje. Dramatyczne jest, że ta strata nie została zauważona. Ale zostanie. Znamy takie historie. Weźmy choćby Ludwika Flecka, który jeszcze przed II wojną światową rozpoznał strukturę rewolucji naukowej nie gorzej niż 30 lat później zrobił to Thomas Kuhn, ale nie został dostrzeżony, bo był Żydem i filozofem z peryferyjnego kraju. To, czym się zajmowaliście, będzie wracać. Za 10 albo 20 lat zagadnienia, które podejmowaliście, doczekają się swoich pięciu minut. Zobaczycie książki na ich temat. Czy sprawi to wam satysfakcję, czy raczej wywoła w was gorycz i wściekłość? Nie wiem. Jestem jednak pewna, że przyjdą badacze i badaczki, które natrafią na wasze ślady, wasze teksty, wasze szkice, wasze notatki, wasze nagrania, waszych studentów. Weźmy badania nad antysemityzmem. Gdy dziś grzebiemy w starych kątach, odkrywamy publikacje z lat 40., w których jest wszystko to, o czym dziś piszą badaczki i badacze, tyle że opatrzone wnikliwszą, dojrzalszą analizą społecznych mechanizmów niż infantylne kategorie współczesnych historyków. Nikt się tym jednak nie interesował, bo były to publikacje komunistów, Żydów lub kobiet. I nic to nie da zmarłemu Arturowi Sandauerowi, że dziś zachwycam się, jak genialnie, jak trafnie, jak dogłębnie opisał on już w 1963 roku sublokatorstwo Żydów w Polsce2. Wam też to przyszłe rozpoznanie zapewne nic nie da.

Xawery Stańczyk: Przypomniał mi się cytat z Jaya-Z: „I said no to the Superbowl, you need me, I don’t need you”3. Pytanie tylko, jak można by, poza fajną pyskówką, wyobrazić sobie analogiczną do Jaya-Z pozycję w akademii.

Paweł Matusz: Dokładnie. Ja mogę obrazić się na Polskę, ale Polska tego nie zauważy.

Anna Zawadzka: Więcej: Polska odetchnie z ulgą. Niemniej ludzie, którzy potencjalnie byliby wam bliscy – robiący podobne badania, mający podobną wrażliwość, stosujący podobne narzędzia badawcze, mający podejście podobne do waszego – oni was stracili. Jeszcze o tym nie wiedzą, bo być może jeszcze są w liceum. Pomyślcie, ile osób odpadło przed nami. Pomyślcie o tych wszystkich osobach, które poznaliście na studiach i które zniknęły wam z oczu. Pomyślcie o ich tematach, tekstach, dyskusjach, niezakończonych badaniach. Przecież wypadanie z akademii jest tak stare jak akademia, bo to ona dysponuje mechanizmami wypychania poza swój obręb wszystkiego, co zagraża jej doksom, strukturze i stabilności. Wśród tych wypchniętych znaleźlibyśmy dużo bliskich.

Fakt, że akurat my, z takim a nie innym uplasowaniem klasowym i politycznym, lądujemy poza akademią, wynika z siły struktury jej pola. W ten sposób akademia pozbywa się rewolucyjnego potencjału. Zachowuje swoją spójność i stabilność, bo ze swoimi habitusami, poglądami i niezgodą na zastane reguły jesteśmy elementem destabilizującym. W tym sensie akademia, usuwając nas, zamraża samą siebie w obawie przed zmianą. Zamyka sobie drogi rozwoju. Kurczy się.

Przemawia do mnie to co mówisz, Xawery, o bezsensowności obrzydzania sobie akademii w akcie racjonalizacji poczucia odrzucenia. Zgadzam się, że ta ścieżka więcej zamyka, niż otwiera. Podziwiam, że masz tak dobrze rozpoznany i przepracowany ten mechanizm. Ja nadal się z nim borykam i czasami mu ulegam. Pamiętam moment, który wykatapultował mnie z akademii na tyle, że nie było już dla mnie powrotu do akademickiej identyfikacji. Dorabiałam wtedy po godzinach jako pomocnik ogrodnika. Moi koledzy z rabatek byli rasistami i homofobami, a jednocześnie widziałam, jak ciężko pracują, jak fatalne pieniądze zarabiają, jak wyniszczająca i zarazem niewidzialna jest ich praca. Podczas pokonferencyjnej kolacji, zorganizowanej w nobliwej restauracji przy nobliwej ulicy Warszawy, nobliwe towarzystwo – literaturoznawcy, kulturoznawcy i socjologowie z Polskiej Akademii Nauk – wcinając małże, krewetki i melony, pomstowali na głupich ludzi, którzy głosują na PiS, gdy tymczasem osoby „takie jak my”, dach tego świata, spotykają się z niezrozumieniem motłochu. Arogancja akademików była dla mnie dużo bardziej dotkliwa niż pogaduszki ogrodników, którzy w przemokniętych ubraniach i z błotem w butach pomstowali na „pedałów” lub śmiali się, że nie wolno mówić „Murzyn”. Dlaczego? Bo prawomocność ich słów jest żadna. Natomiast prawomocność słów ludzi przy małżach i melonach – potężna. Nie chcę przez to powiedzieć, że homofobiczne i rasistowskie gadanie w klasie robotniczej nie ma mocy kreowania rzeczywistości. Ma. Ale wtedy poczułam, że nie mogę dłużej znosić akademickiej megalomanii, upasionej na przekonaniu, że życie i praca naukowców są dużo cenniejsze, niż życie i praca ludzi z klas zdominowanych. Przestraszyłam się, że zostanę kimś takim: zgorzkniałą, sfrustrowaną panią profesor, która będzie pomstować na „lud”. Dziś jako gastarbeiterka, emigrantka i pracownica fizyczna, lubię siebie bardziej niż wtedy.

Xawery Stańczyk: Grono profesorskie jest potworne. To są straszni ludzie. A jednak nie chciałbym razem z nimi odrzucać wszystkiego, co powstaje w obrębie akademii, pozytywnych wartości związanych z działalnością w tych samych murach.

Paweł Matusz: Ja nadal jestem na akademię obrażony, ale to nie jest takie ważne. Ważniejsze, że czas wyemancypować się z fetyszu kapitału kulturowego. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie zaczniemy organizować się wokół spraw ekonomicznych. Robię badania nad potencjałem emancypacyjnym rewolucji rosyjskiej w perspektywie queerowej, w związku z czym czytam dużo o historii radzieckiego komunizmu. Zrodziło to we mnie marzenie o wielkiej organizacji, do której mógłbym się zapisać.

Anna Zawadzka: Chciałbyś zapisać się do partii?

Paweł Matusz: Do partii, która uratowałaby mnie przed pytaniem o tożsamość.

Xawery Stańczyk: Podzielam marzenie o zapisaniu się do kolektywu, który uwalnia od kapitalistycznego indywidualizmu. Ale pytanie, które chcę postawić, jest nieco inne: jak wygrać ze strasznymi ludźmi? Czy mimo wszystko, ze względu na jej prawomocny charakter, nie da się tego zrobić wyłącznie w akademii? A jeśli tylko tam można ich znokautować?

Anna Zawadzka: Nawet jeśli tak jest, nie mam na to siły. To jest sport walki i ja na pewnym etapie wymiękam. Nie mam zasobów w postaci choćby niezachwianego poczucia własnej wartości, które pozwalałyby mi wytrzymać wszystkie rundy. Przez długi czas moim napędem była potrzeba udowodnienia czegoś. Straciłam ten napęd na terapii, bo generowała go moja psychopatologia. Kiedy z pomocą terapeutki rozebrałam ją na części, źródło napędu wyschło. Prawdopodobnie, gdyby nie terapia, byłabym aktualnie bardziej zaawansowana w robieniu akademickiej kariery. Być może wtedy mogłabym zrobić więcej dobrego. Tymczasem terapia spowodowała, że zajęłam miejsce przeznaczone mi na mapie społecznej reprodukcji: odpadłam. Ale przynajmniej może pożyję trochę dłużej bez nadciśnienia i nie umrę na zawał.

Pozostaje jeszcze pytanie, na ile w akademii w ogóle możliwa jest zmiana. Moje dwie bliskie przyjaciółki niedawno obroniły doktoraty. Jedna w Stanach Zjednoczonych, druga w Kanadzie. Czują się nieziemsko przeczołgane, bo w obu tych krajach feudalizm akademii jest jeszcze bardziej rozwinięty niż w Polsce. Tam promotor, oprócz prowadzenia za niego zajęć, wymaga od ciebie, byś była jego osobistą sekretarką, opiekunką jego dzieci i pocieszycielką dnia codziennego. Jest to relacja oparta na niejawnym wyzysku emocjonalnym oraz jawnym wyzysku ekonomicznym. Obie moje przyjaciółki planowały, że po skończeniu doktoratu napiszą książkę o robieniu doktoratu. Żadna z nich nie ma teraz na to czasu. Najpierw musiały intensywnie szukać pracy, składając sto sążnistych aplikacji, a teraz, kiedy już te prace znalazły, są urobione po łokcie i stają na głowie, by tej pracy nie stracić. Tymczasem obie te książki – napisane jak na razie jedynie w ich głowach – przyniosłyby wiele pożytku aktualnym doktorantkom. Być może byłyby właśnie nokautem, o którym wspomniałeś, Xawery. I być może właśnie dlatego strukturalne uwarunkowania blokują możliwość ich napisania.

Czy wy nigdy nie mówicie sobie: „nie mam już siły walczyć, odpuszczam”?

Xawery Stańczyk: Dopóki jako student i doktorant miałem poczucie, że jestem w akademii tylko na chwilę i przez pomyłkę, pozwalałem sobie na znacznie więcej dezynwoltury niż koledzy i koleżanki, którzy od początku nastawiali się na karierę naukową, wkładając w to dużo pracy i samodyscypliny. Co ciekawe, przez długi czas moje „ekscesy” nie odbijały się negatywnie na mojej pozycji. Na przykład na Wydziale Polonistyki UW toczyła się kilka lat temu dyskusja o nowym regulaminie studiów doktoranckich. Kończyłem wtedy doktorat. Nie sądziłem, że mam tam szansę na zatrudnienie, więc podczas spotkania z ówczesną kierowniczką studiów doktoranckich i innymi ważnymi osobami wypowiedziałem się dosyć dosadnie na temat forsowanych zmian. Większość doktorantów i doktorantek milczała, a część skrytykowała mnie za nadmierny radykalizm. Ci, którzy przyznali mi rację, zrobili to później, w kuluarach, by nie psuć sobie towarzyskich układów. Okazało się jednak, że kiedy skończyłem i obroniłem doktorat, zaproponowano mi pracę. Wtedy więc nic nie straciłem swoim ekscentrycznym zachowaniem. Kolejny paradoks: takie sytuacje przyczyniły się do tego, że naprawdę zacząłem bardzo przykładać się do pracy, traktować ją poważnie i wierzyć, że może mi się udać. Wtedy się przeliczyłem.

Paweł Matusz: Ja odpuściłem doktorat w Polsce. Pomogły mi w tym zajęcia ze strasznym profesorem, który jest seksistą, jakich mało. Przez wiele następnych miesięcy doktorat patrzył na mnie z rogu pokoju jak niezałatwiona sprawa. List, który trzeba wysłać. Poza tym wyemigrowałem. Do dziś czuję feudalny wstyd przed promotorką, że zniknąłem, że ją zawiodłem. Nie odpisała mi na moją ostatnią wiadomość, a ja bałem się dalej dobijać. Nie miałem też za bardzo po co. Przestałem dostawać maile z listy dyskusyjnej doktorantów. W końcu nie byłem w ogóle aktywny. Skupiłem się na tym, że muszę dostać pracę w Niemczech. Interesowało mnie, kto zapłaci moje ubezpieczenie i gdzie będę mieszkać. Usłyszałem swoją promotorkę w radiu i wysłałem do niej maila wyjaśniającego moją sytuację. Dostałem serdeczną odpowiedź. Wydaje mi się, że ona rozumie dlaczego mój doktorat zszedł na dalszy plan. Zajmuje się w końcu teorią Bourdieu.

Lipiec 2019 – luty 2020

Berlin – Lipsk – Warszawa

1 Erin Bartram, The Sublimated Grief of the Left Behind, http://erinbartram.com/uncategorized/the-sublimated-grief-of-the-left-behind/.

2 Artur Sandauer, Zapiski z martwego miasta. Autobiografie i parabiografie, Czytelnik, Warszawa 1963.

3The Carters, Apeshit, 2018, https://www.youtube.com/watch?v=kbMqWXnpXcA.

Dodaj komentarz