Negocjowanie alienacji

O psychoterapii i komunizmie rozmawiają Paweł Matusz, Xawery Stańczyk i Anna Zawadzka

Fot. Anna Zawadzka

Paweł Matusz: Na początek naszej dyskusji chcę powiedzieć, że terapeuci powinni zrozumieć, na czym polega przemoc strukturalna oraz jak jesteśmy w nią uwikłani. W trakcie terapii czułem się obciążony pracą wyjaśniania mojej terapeutce kategorii i perspektyw, których ona nie zna, i próbami przyswojenia sobie jej indywidualistycznego podejścia. Weźmy najbardziej drastyczny przykład: pomoc społeczna. Moja terapeutka nie chciała, żebym z tej pomocy korzystał, ponieważ jej pogląd na pracę nie uwzględniał krytyki kapitalizmu. Istnieją oczywiście strukturalne minusy takiej pomocy: jest ona oparta na rodzinie i objęta niemal policyjnym dozorem, a do tego zapewnia jedynie minimum egzystencjalne. To wszystko może sprzyjać psychopatologii. Po drugiej stronie jest jednak świat pracy, który także potrafi człowieka wykończyć. Dla mojej terapeutki praca była wartością samą w sobie, tymczasem dla mnie jako emigranta bez kapitału ekonomicznego to pieniądz jest wartością. Nieważne, skąd go bierzesz. Na tle sporu o te kwestie skończyła się moja terapia. Terapeutka uważała, że każdy człowiek potrzebuje pracy i czuje się lepiej, kiedy jest potrzebny. Po części się z tym zgadzam, ale człowiek czuje się źle także wtedy, gdy jest źle opłacany i źle traktowany. Ona bagatelizowała cierpienie generowane przez kapitalizm. Nie rozumiała, że jako emigrant jestem zmuszony wziąć pierwszą lepszą pracę. Dlatego nie czułem się brany na serio w tym temacie.

Druga sprawa to seksualność. Moja terapeutka używała esencjalizujących kategorii. Kiedyś, mając na myśli ekspresję płciową, powiedziała: „Widać na ulicy, kto jest gejem”. Wtedy zamknął się sezam, kanał komunikacyjny, który ciągle trzeba otwierać na terapii. Doszedłem do wniosku, że ona nie rozumie mojej sytuacji. Można jednak powiedzieć, że ona nie musi mieć tych samych kompetencji co ja – w tym wypadku socjologicznych.

Anna Zawadzka: Czy rzeczywiście nie musi? Jakie kompetencje terapeuta powinien mieć, byś mógł poczuć się na terapii swobodnie? Zwłaszcza jeżeli jesteś osobą nienormatywną, w tym także nienormatywną politycznie, bo przecież komunizm do normy nie należy.

Paweł Matusz: Mój komunizm był solą w oku mojej terapeutki. Z perspektywy psychoterapeutów patologia komunizmu wynika z jego totalności. W pracy Abecadło komunizmu Nikołaj Bucharin i Jewgienij Preobrażenski piszą, że potrzeba kilku generacji, by zmienić podstawowe relacje społeczne tak, aby mentalne pozostałości po kapitalizmie nie przeszkadzały nam w budowaniu i utrzymaniu komunizmu1. Z kolei Fryderyk Engels w eseju Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa twierdzi podobnie na temat miłości romantycznej: potrzebujemy kilku pokoleń, żeby się jej pozbyć2. Jeśli zatem chcesz pozostać uczciwa wobec komunistycznych wartości, a jednocześnie potrzebujesz pomocy terapeutycznej, niechybnie uwikłasz się w ambiwalencję. Komunizm i terapia operują zupełnie odmiennymi kategoriami. No, może nie zupełnie, bo w komunizmie każdy będzie mieć prawo do terapii.

Jestem wdzięczny mojej terapeutce, że pomogła mi stanąć na nogi i ulepić siebie z powrotem. Miałem jednak świadomość, że ona pakuje mnie w nie moją bajkę. Aby terapia była skuteczna, musisz wyłączyć wyobraźnię socjologiczną, ale im lepiej terapia zadziała, tym bardziej poczujesz się rozdarty jako komunista. Z jednej strony było mi lepiej, z drugiej nabierałem coraz poważniejszych wątpliwości co do moich wartości i mojego oglądu świata.

Anna Zawadzka: Przez kilka lat byłam na indywidualnej terapii behawioralnej, potem dwa lata uczestniczyłam w terapii grupowej dla dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Zaznaczam, że chodziłam prywatnie byłam więc w uprzywilejowanej sytuacji. Mogłam wybrać sobie terapeutkę. Poszłam do poleconej mi osoby i miałam na to środki.

Terapia pomogła mi przystosować się do życia w kapitalizmie. Otrzymałam wiele cennych porad na temat pracy, zarobków i decyzji zawodowych, co pozwoliło mi w ustabilizowaniu mojej sytuacji materialnej. Nie umiałabym tego zrobić sama. Terapia sprawiła zatem, że moje życie stało się bezpieczniejsze i lepsze, za co jestem ogromnie wdzięczna. Ale czy poza esencjalizowaniem seksualności, o czym wspomniał Paweł, ideologia terapeutyczna nie esencjalizuje i uniwersalizuje także kapitalistycznych reguł gry? Odnoszę wrażenie, że w terapii te reguły traktowane są nie jako kwestia politycznego wyboru, lecz natury, a zatem nie podlegają wartościowaniu.

Paweł Matusz: Terapeuci dbają o strukturę życia pacjenta. Bardzo często słyszałem na terapii zdanie: jest jak jest i musisz się w tym odnaleźć. Tymczasem dla mnie już sama rozmowa o tym JAK JEST ma charakter terapeutyczny. Nie chciałem, by terapia polegała wyłącznie na zwiększaniu mojej efektywności w codziennym życiu wypełnionym eksploatacją i przemocą.

Xawery Stańczyk: Widzę tu dwa problemy. Pierwszy wynika nie tyle z samego dyskursu psychoterapii i władzy/wiedzy, którą posługują się psycholodzy i psychoterapeuci operujący tym dyskursem, ile z instytucjonalnego habitusu panującego w poradniach i ośrodkach psychoterapii, a jeszcze bardziej z samych warunków brzegowych uprawiania zawodu terapeuty. Uprawianie tego zawodu wymaga posiadania na starcie dużych zasobów kapitału ekonomicznego i kulturowego. W trakcie pracy trzeba ten kapitał pomnażać, bo bycie psychoterapeutą oznacza ciągłą ewaluację, doszkalanie się, zdobywanie kolejnych certyfikatów. Nie jest to więc zawód dla osób nieuprzywilejowanych – wiąże się z ponoszeniem dużych kosztów – co musi odsiewać znaczną część kandydatów bez wystarczających środków i kompetencji. Habitus wytwarzany poprzez szkolenia, wspólną pracę i superwizję, konferencje i lektury, odłącza psychoterapeutów od innych grup społecznych niż ich własna, musi więc mieć wpływ na przebieg terapii. Klasowe pochodzenie wielu terapeutów nieuchronnie ogranicza ich wyobraźnię. Stąd mimo ogromnej wiedzy na temat różnych mechanizmów przemocy, prześlepiają często przemoc strukturalną.

Drugi problem wynika z esencjalizmu wpisanego w teorie psychoterapeutyczne, co dotyczy przede wszystkim płci i seksualności w ujęciach zakorzenionych w nurcie psychodynamicznym, który czerpie z psychoanalizy. Kiedy kilka lat temu chodziłem na terapię grupową do publicznego centrum psychoterapii w Warszawie, grupę prowadziły dwie terapeutki, a czasem towarzyszyły im stażystki. Parę razy to właśnie stażystki odbywały z nami próbne sesje. Podczas jednej z takich sesji stażystka powiedziała, że homoseksualizm wynika z nieobecności ojca lub matki. Jedna osoba zaprotestowała. Mnie zatkało – nie spodziewałem się takiej bzdury ze strony osoby prowadzącej terapię i początkowo nie potrafiłem zareagować.

Anna Zawadzka: Od jednej z terapeutek usłyszałam, że dziś nikt już tego nie przyzna publicznie, bo nie chce wyjść na homofoba, ale takie przekonania to nadal oczywistość wśród terapeutów. Ja jednak w gabinecie terapeutycznym wyłączałam swój aktywizm. Zachowywałam się egoistycznie. Pozwalałam sobie nie wchodzić w rolę obrończyni pokrzywdzonych. Było to dla mnie wyzwalające: mieć przestrzeń, w której dbam wyłącznie o siebie.

Kiedy pierwszy raz znalazłam się w grupie terapeutycznej, byłam tam jedną z osób o wyższym kapitale kulturowym. Okazało się, że ze względu na uformowanie przez przemocowe rodziny, łączy nas dużo więcej niż sądziliśmy. Prowadzące grupę terapeutki były w stanie stworzyć sytuację, w której my, mimo różnic majątkowych, światopoglądowych i klasowych, a także mimo odmiennych kategorii postrzegania rzeczywistości, pracowaliśmy razem, ufaliśmy sobie i trzymaliśmy za siebie nawzajem kciuki. Podziwiam je za to. Udało im się zneutralizować konteksty społeczne na rzecz jedynej w swoim rodzaju wspólnoty doświadczeń emocjonalnych.

Xawery Stańczyk: Na terapię grupową finansowaną przez Narodowy Fundusz Zdrowia, w której brałem udział, przychodziły osoby z bardzo różnych grup społecznych. Powstała tam ponadklasowa wspólnota zawiązana wokół specyficznych praktyk. To był oddział dzienny, więc spędzaliśmy razem po kilka godzin pięć dni w tygodniu. Podobnie jak ty, Aniu, miałem w tej grupie najwyższy kapitał kulturowy i zauważyłem bardzo szybko, że niektóre osoby mi tego zazdroszczą, jakkolwiek bardzo starałem się z niego nie korzystać. Wstydziłem się, że znam filmy, które oglądamy w ramach filmoterapii, znam dyskursy krytyczne wokół tych filmów, wiem, co robimy, bo o tym czytałem, a po kilku latach zajęć u Pawła Dybla znam filozoficzne i antropologiczne implikacje teorii psychoanalitycznej równie dobrze co terapeutki, jeśli nie lepiej od nich. Trudno mi było przestawić się na inny tryb percepcji. A jednak przeszliśmy ten proces wspólnie, bez względu na różnice statusów społecznych. Trzymaliśmy się razem jeszcze przez kilka miesięcy po terapii i potrafiliśmy stworzyć sobie takie warunki, chociażby podczas spotkań na piwo, w których każda osoba czuła się komfortowo.

Nowym rozdziałem stała się dla mnie prywatna terapia indywidualna. Dała mi niezwykle dużo. Udało mi się dzięki niej ograniczyć wiele problemów, w tym bardzo poważnych. To była terapia w nurcie psychodynamicznym, a więc oparta o pracę na emocjach, dotykająca przede wszystkim relacji z rodziną. Z pełną świadomością, że moje kłopoty mają także podłoże społeczne i polityczne, nie podejmowałem tam tych kwestii. Miałem poczucie, że to nie znajdzie zrozumienia u terapeutki, której odmienna sytuacja materialna była dla mnie oczywista, a jedynie wprowadzi ograniczenie, będzie zbędnym balastem. Socjoterapię uprawiałem więc we własnym zakresie. Obawiałem się, że gdybym chciał iść w tę stronę w trakcie terapii, utrudniłoby to wchodzenie w emocje. Proces ten często ocierał się o esencjalizację, ale był konieczny, by rzeczywiście czegoś dotknąć.

Paweł Matusz: W kwestii esencjalizacji wiele zależy od szkoły. W psychoanalizie przeszkadza mi to, że nie implementuje ona nowej wiedzy, na przykład na temat seksualności. W terapii behawioralnej z kolei przeszkadza mi naturalizowanie kapitalizmu. To jest trochę jak wybór między coachingiem a gadaniem o męskości. Odnoszę wrażenie, że doksą psychoanalityczną jest, jakoby nienormatywne seksualności wynikały z represji. W maju 2019 roku Slavoj Žižek napisał, że trangenderyzm jest regresywną ideologią3. Trochę rozumiem jego argumentację, ale brakuje mi innej krytyki postmodernistycznego i liberalnego aktywizmu LGBTQ. Žižek wylewa dziecko z kąpielą, używając języka homo- i transfobicznego, bo nie rozumie, co krytykuje. Trochę inaczej jest z niemieckimi aktywistami i badaczami skupionymi wokół gejowsko-lesbijskiego wydawnictwa Quer i książki Beißreflexe. Kritik an queerem Aktivismus, autoritären Sehnsüchten, Sprechverboten (w wolnym tłumaczeniu: „Odruch ugryzienia, Krytyka queerowego aktywizmu, autorytarne tęsknoty, zakazy wypowiedzi”)4. Oni świetnie rozprawiają się z postmodernizmem i wiedzą lepiej, o co chodzi w queerowym aktywizmie, ale mają ten sam problem co Žižek: nie potrafią robić tego bez pomocy ortodoksyjnej freudowskiej psychoanalizy, co powoduje, że również wpadają w transfobiczny ton. Wraz z postmodernizmem odrzucają krytykę psychoanalizy. To jest nie do ruszenia i nie do rozpracowania.

Czy nie odnosicie zatem wrażenia, że heteronormatywność psychoanalizy jest problemem zamiecionym pod dywan, albo tajemnicą poliszynela? Aniu, wspominałaś, że wszyscy o tym wiedzą i się z tym zgadzają, ale nikt nie powie tego na głos, żeby nie wyjść na homofoba. Dostawałem gęsiej skórki, słysząc na terapii wyrażenia takie jak „męskość” lub „stawanie się mężczyzną”. W końcu zrozumiałem, że w gruncie rzeczy chodzi o przemoc symboliczną, tę przemoc, którą sobie sam zadaję. To pojęcie jest dla mnie bardzo ważne. Używam go niemal na co dzień do interpretacji świata społecznego. Ale dopiero po rocznej terapii zdałem sobie sprawę, że sam też tę formę przemocy stosuję. Terapia, która działa, która jest skuteczna, to dla mnie taka, dzięki której w naszym ciele i w naszym życiu rozpoznajemy przemoc, którą sobie sami zadajemy. Nie było jednak łatwym zadaniem tak przepracować kategorie terapeutyczne, żebym w ogóle był w stanie im zaufać i przyjąć je jako sensowne i racjonalne. Może wynika to z mojego braku ufności do terapeutów i psychiatrów, którzy zrobili swoje w historii homo- i transfobii, chociaż inaczej było z bardzo postępowymi seksuologami, takimi jak Magnus Hirschfeld. Myślę, że konflikty w tym polu odzwierciedlają konflikty wewnętrzne, na jakie natrafia osoba nieheteronormatywna w trakcie terapii.

Trójkąt postawiony na czubku

Anna Zawadzka: Moja terapeutka za cel terapii postawiła nauczyć mnie dbać o bazę życiowo-materialną: zdrowie, zarobki czy dach nad głową. Położyła na to nacisk, a tym samym dała mi prawo, bym uznała to za ważne. Uprawomocniła to w moich oczach. Uważam to za wspaniały akt komunistycznego przeorania mojej świadomości, choć oczywiście ona tak by tego nie nazwała. Zostałam wychowana w przekonaniu, że materialną stroną życia nie należy zaprzątać sobie głowy. Tymczasem moja terapeutka posługiwała się schematem hierarchii potrzeb i prędko zdiagnozowała, że w moim wypadku ten trójkąt stoi na czubku. Uzmysłowiła mi, że żyję w paradygmacie moralistycznym. I paradoksalnie to ona, w warstwie oczywistości i wyznawanych wartości zakorzeniona w kapitalizmie, materialistycznie podeszła do mojego życia. Niesłychanie mi to pomogło. Zawdzięczam jej przetrwanie.

Nie niweluje to jednak pytania o reprodukcję. Czy spełniona terapia to taka, po której człowiek już bez rozterek reprodukuje kapitalizm, nierówności i przemocowe relacje społeczne? Nie przypadkiem z moją terapią zazębiło się porzucanie aktywizmu. Odkąd skończyłam 19 lat, działactwo było podstawowym elementem mojego życia i tożsamości. Mając lat 30, poszłam na terapię i od tego momentu sukcesywnie odchodziłam z aktywistycznych kręgów. Odeszłam z redakcji jednego czasopisma, potem z redakcji drugiego, potem z grupy feministycznej, a potem z grupy queerowej itd. Poświęcałam nieodpłatnej pracy aktywistycznej ogromną część życia, zaniedbując prace zarobkowe. Czyli znowu trójkąt stojący na czubku. Przede wszystkim jednak wraz z postępem terapii traciłam potrzebę działactwa. Terapia pomogła mi rozpoznać, że źródło mojego aktywistycznego napędu tkwi w głębokich pokładach patologii. Efekt jest taki, że nie robię już nic aktywistycznego, choć nadal uważam, że aktywizm jest potrzebny. Powraca więc pytanie: czy istnieje niepatologiczny – w rozumieniu terapeutycznym – napęd do zmiany rzeczywistości, czy też terapia ma polegać na tym, że akceptujesz to, co jest, i umiesz się w tym odnaleźć? Nawet jeśli mój napęd zakorzeniony był w patologiach, to nie wynikały z niego wyłącznie złe rzeczy.

Paweł Matusz: Nadal wykonuję wiele czynności za darmo, ponieważ dają mi one satysfakcję i radość. Jest to wyraz moich aspiracji – kształtowanie siebie takim, jakim chciałbym się widzieć.

W moim rozumieniu terapia, która kończy się sukcesem, to taka, po której mam pracę sprawiającą mi frajdę, niekoniecznie zmieniającą rzeczywistość, ale użyteczną społecznie. Przede wszystkim jednak nie mam w tej pracy władzy. Władzy, której chcę. Tak rozumiem aktywizm: jako władzę nad rzeczywistością. Jako odzyskiwanie kontroli. Tymczasem terapia to szkoła, w której uczysz się, jak żyć z alienacją. Jak się nią zaopiekować, żeby była znośna, a nie jak się jej pozbyć. Chyba więc nie ma czegoś takiego jak udana terapia. Nie ma tu mowy o wpływaniu na rzeczywistość, lecz o wypracowaniu w sobie zgody na to, że nie ma się wpływu.

Xawery Stańczyk: Metafora piramidy potrzeb wydaje mi się problematyczna. Ogranicza naszą wyobraźnię. Jeśli już miałbym się tą piramidą posługiwać, powiedziałbym, że próbujemy znaleźć podpórki, żeby się nie przewróciła, pozostając postawiona na czubku. Ale nie wierzę w jedną uniwersalną hierarchię potrzeb, która byłaby ahistorycznie właściwa dla wszystkich ludzi. Nie chcę przez to powiedzieć, że dla jednych ważne są wartości materialne, a dla innych – duchowe, bo to byłaby czysta ideologia. W praktyce jednak nasze potrzeby okazują się zmienne, zależne od wielu czynników społecznych i kulturowych, ewoluujące wraz z nami. Zobaczcie, jak łatwo potrafimy wyobrazić sobie świat, w którym wartości altruistyczne są na pierwszym miejscu. Pragniemy żyć zgodnie z przekonaniem, że troska o innych oraz akceptowanie własnej słabości i zależności od innych osób jest czymś dobrym i ważniejszym niż budowanie silnej i sztywnej tożsamości, na której moglibyśmy się oprzeć, albo zabieganie o własny interes. Mamy prawo układać swoje potrzeby zgodnie z tym, co sami myślimy i czujemy, nawet jeśli finansowo czy pod innym względem nie wyjdziemy na tym dobrze. Moja terapeutka powtarzała, że terapia jest dla mnie i muszę sam zdecydować, czego od niej chcę i potrzebuję. To było dla mnie ważne doświadczenie. W końcu ktoś postawił przede mną sprawę jasno: albo sam podejmuję decyzje, albo nigdzie nie ruszymy. To nie muszą być „korzystne” decyzje z pragmatycznego punktu widzenia. Mogą polegać też na tym, że jestem na coś wściekły, mam tego dość i protestuję albo odmawiam, mimo że „w moim interesie” byłoby przystosować się do tych warunków. Jeśli czuję złość, to jedyne pytanie może dotyczyć tego, co z tą złością zrobić, jak ją wyrazić, przekuć w źródło mojej siły, a nie tego, czy raczej nie powinienem zaakceptować panującego stanu rzeczy.

Poszedłem na terapię z problemem auto-nienawiści, wysokim poziomem lekceważenia swoich potrzeb, samo-deprecjacji i usuwania siebie w cień innych spraw. Co prawda w trakcie terapii nie używaliśmy kategorii ekonomicznych, ale było ważne, by zacząć się o siebie troszczyć – przede wszystkim się nie atakować i nie umniejszać. Nadal mam z tym problemy, ale staram się. Jednym z wysiłków, które musiałem podjąć, było przekierowanie agresji z sobie przeciwko innym. Ponieważ terapia koncentrowała się wokół kilku kluczowych relacji, chodziło o agresję wobec konkretnych osób, na przykład przyznanie, że czuję wściekłość wobec rodziców za to, jak się wobec mnie zachowywali. Doświadczałem wtedy silnej ambiwalencji: odzyskując troskę o siebie, poczucie, że coś mi się należy, mam do czegoś prawo i mogę czegoś chcieć – a także odzyskując złość i agresję z tym związane – czułem, że kłóci się to z moim dotychczasowym autowizerunkiem. Postrzegałem siebie jako osobę wrażliwą społecznie i genderowo, wycofaną, troszczącą się o innych, empatyczną, ustępującą pola, miękką i delikatną. W trakcie terapii uczyłem się, że należy domagać się tego, czego się potrzebuje, formułować swoje emocje bez względu na to, czy one komuś przeszkadzają albo zostaną uznane za „negatywne”. Moja terapeutka często odwoływała się do męskości, bo asertywność, stawianie swoich potrzeb na pierwszym miejscu i wyrażanie gniewu to atrybuty typowo męskie. „Przecież pan jest mężczyzną” – mówiła. Była w tym skuteczna i pomogła mi odnaleźć w sobie te cechy, których wcześniej nie chciałem w sobie widzieć. Miałem z tym kłopot, ale o nim też rozmawialiśmy na terapii. Bałem się, że to jest regres wobec genderowej emancypacji, że terapia na powrót wbudowuje mnie w męską ramę, choć jednocześnie było mi z tym dobrze.

Rodzina i praca – przestrzenie reprodukcji przemocy

Anna Zawadzka: Terapia często powiela genderowe, heteronormatywne i kapitalistyczne status quo, ale odrzuca status quo rodzinne. W całkowitej kontrze do kulturowych oczywistości, na mojej terapii było jasne, że rodzina może być miejscem niebezpiecznym. Nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo to cenię, ponieważ w efekcie terapia pozwoliła mi uwolnić się od rodzinnej przemocy.

Xawery Stańczyk: W Polsce z jednej strony rodzina jest uwznioślana, a z drugiej wszyscy pomstują na swoje rodziny i ich nienawidzą. Tyle że rytualne prychanie na rodzinę nie prowadzi do żadnych zmian, jest raczej elementem umożliwiającym płynną reprodukcją poprzez chwilowe odreagowanie cierpienia. Tymczasem na terapii illusio dotyczące rodziny pęka. Moja terapeutka pomogła mi pozbyć się złudzeń. Kiedy opowiadałem o rodzicach, mówiła: „Ale pan wie, że oni się nie zmienią? To tak będzie”. To było brutalne, ale i uwalniające. Wydaje mi się, że paradoksalnie, utrata złudzeń na temat rodziny pozwoliła mi poprawić stosunki z nią, ponieważ urealistyczniła moje oczekiwania, nie odmawiając mi emocji z tym związanych. Terapia wyprowadza z błędu: nie oczekuj, że ojciec czy matka zaspokoją twoje potrzeby, bo to się nie wydarzy. Zadbaj o siebie sama, tak, jak tego potrzebujesz, a dzięki temu się od nich uwolnisz. To oczyszcza z wdrukowanego wzoru rodzinnych relacji. Odziera te relacje z pozłacanego opakowania.

Paweł Matusz: Podczas terapii najlepiej czułem się właśnie wtedy, gdy rozmawialiśmy o rodzinie. Najwięcej wziąłem z terapii, gdy mówiłem terapeutce o uwikłaniu w reprodukcję. Wtedy mogliśmy rozmawiać nawet o męskości, bo wtedy męskość dotyczyła wzorów przekazywanych przez rodzinę. Wtedy też byłem z moją terapeutką najbliżej. Ona miała wyśrubowane normy, jeśli chodzi o granicę dopuszczalności zachowań rodziców i jednoznacznie kategoryzowała praktyki przemocy. Przypomniało mi to pewną sytuację z obozu, na którym byłem jako dziecko. Osoba z kadry zapewniła mnie wtedy, że nie muszę się nikogo bać, bo gdyby ktoś mi zrobił krzywdę, natychmiast zadzwonimy na policję. Policja jest odesłaniem do władzy, ale chodziło o to, że z diagnozą przemocy się nie dyskutuje.

W neoliberalnym dyskursie transformacyjnym często padają hasła o mentalności pasywnej, niewolniczej, roszczeniowej. Terapia diagnozuje to jako objawy depresji i proponuje, jak z tego wyjść. Ale można na to spojrzeć inaczej: to terapia robi z nas niewolników, bo dostosowuje do funkcjonowania w neoliberalnym świecie. Dlatego zdarzało się, że podczas terapii towarzyszył mi strach, że jestem manipulowany.

Moja terapia nie skończyła się sympatycznie. Godziny sesji opłacane przez niemiecką kasę chorych zbliżały się do końca, a ja zawsze traktowałem terapię jako zbytek, więc nie zdecydowałbym się sam za nią płacić. Pomimo to zasygnalizowałem terapeutce, że chciałbym kontynuować. W odpowiedzi postanowiła mnie sprowokować, mówiąc mi przykre rzeczy i wykorzystując wiedzę na mój temat z naszych rozmów o lęku i wstydzie. Miałem poczucie, że mnie sprawdza. Na ostatniej sesji dyskutowaliśmy znowu o pracy i pomocy społecznej. Chciałem dalej korzystać z zasiłku dla bezrobotnych. Natomiast ona moralizowała, że jestem młody i zdrowy, więc nie powinienem żerować na pomocy państwa. Wolałbym porozmawiać o tym, dlaczego cieszę się z zasiłku, mimo że jest on tak niski. Ta rozmowa zbudowała między nami mur. Powiedzieliśmy sobie, że już nie chcemy ze sobą dalej pracować. Ona stwierdziła, że nie zgadzają się nasze cele. Jej celem było zmienić coś w moim życiu. Moim – czuć się lepiej. To proces powolny, ale skuteczny: czuję się lepiej ze sobą, jestem śmielszy niż kiedyś, spełniam się na polach, na których mi zależy.

Xawery Stańczyk: Po co ona cię prowokowała? Co chciała uzyskać?

Paweł Matusz: Chyba sprawdzić, czy jestem pewny tego, co robię.

Xawery Stańczyk: I kiedy okazało się, że jesteś tego pewny, potraktowała to jako zły znak?

Paweł Matusz: Tak. Powiedziała mi, że jeszcze się przekonam, że ona ma rację i będę chciał do niej wrócić.

Podczas ostatniej rozmowy z terapeutką powiedziałem, że nie chciałbym, by to, co powiedziała mi o korzystaniu z pomocy społecznej, usłyszeli jej kolejni pacjenci, bo to może mieć dla nich bardzo złe skutki, na przykład, gdy ktoś doświadcza mobbingu i chce odejść z pracy. Odpowiedziała na to pytaniem, czy wiem, skąd się biorą pieniądze. Powiedziała także, że jeśli przyjeżdżam do tego kraju, to muszę respektować jego zasady. Ona sama jest Polką mieszkającą w Niemczech.

Anna Zawadzka: To jest dyskurs asymilacyjny. Sublokatorski. Mam wrażenie, że twoja terapeutka postawiła swoje przekonania ponad dobro pacjenta. Cel twojej terapii, jaki wyznaczyła, miał służyć państwu, wobec którego ona czuje się lojalna. W najlepszym razie jest to ujawnienie założeń terapii, które równocześnie rujnuje proces terapeutyczny. Dla mnie to porzucenie pacjenta ze względu na konflikt wartości. Mogła nazwać to w ten sposób. Zamiast tego zawstydziła cię i spatologizowała.

Xawery Stańczyk: Zaprojektowała na ciebie swój własny konflikt związany ze statusem polskiej emigrantki pracującej w Niemczech. Jestem ciekaw, czy ma więcej pacjentów z Polski, z którymi postępuje podobnie: pod pozorem terapii przenosi na nich swój problem.

Paweł Matusz: Być może po prostu chciała się mnie pozbyć. Prawdopodobnie była przepracowana, miała za dużo pacjentów.

Anna Zawadzka: Myślę, że nieświadomie dotknąłeś jakichś jej granic, których boi się przekroczyć z powodu bycia emigrantką. Prawdopodobnie wykonała ciężką pracę asymilacji, co stało się fundamentem jej tożsamości. Wysnuła z tego opowieść o swoim sukcesie i nie chce skonfrontować się z kosztami, jakie musiała ponieść. A ty jej powiedziałeś, że odmawiasz zapłacenia tych kosztów.

Są terapeuci, którzy reklamują się jako LGBT friendly. Ciekawe, czy są tacy, którzy reklamują się jako communist friendly.

Xawery Stańczyk: Nie wiem, czy osoby niekapitalistyczne mają dość kapitału, by chodzić na terapię.

Socjologiczne BDSM

Anna Zawadzka: Mnie prześladuje wstydliwe pytanie, czy umiałabym odnaleźć się w kapitalizmie, gdybym zaakceptowała kapitalistyczne reguły gry. Na poziomie indywidualnym mam z kapitalizmem niemałe problemy: mieszkaniowe, finansowe, zawodowe i wynikające z nich problemy zdrowotne. Nie umiem się ustawić w świecie kapitalistycznym, być może właśnie dlatego, że odrzucam go na poziomie wartości.

Drugie pytanie brzmi: co w wymiarze życiowych wyborów zrobiła mi znajomość teorii Bourdieu. Czy ze swoim klasowym determinizmem nie sprawiła ona, że przestałam walczyć. Ta teoria pozbawia złudzeń. Tyle że, jak pisze sam Bourdieu, illusio jest warunkiem odnalezienia się w świecie. Być może znajomość tej teorii sprawiła, że przestałam próbować pokonywać pewne progi, uznając, że one i tak na powrót wyrosną pod moimi nogami. Ale jak nie próbujesz, to tracisz: po pierwsze zaangażowanie w życie, a po drugie szanse związane z pomyłkami w systemie lub jego kontrolowanymi poluzowaniami5. Wiem, że to brzmi, jakbym mówiła, że sama zaprojektowałam sobie swój los. Być może zadawanie sobie tego pytania jest kolejną formą auto-przemocy. Czuję jednak ulgę, gdy przestaję walczyć z wiatrakami i przyznaje się sama przed sobą do porażki.

Paweł Matusz: Albo rezygnacji.

Anna Zawadzka: Jaki wymiar polityczny ma rezygnacja?

Xawery Stańczyk: Też zadaję sobie te pytania. Półtora tygodnia przed naszym spotkaniem poszedłem z nimi na spotkanie do mojej terapeutki, która w ramach ewaluacji proponuje na swój koszt dwie sesje: sześć miesięcy i 12 miesięcy po zakończeniu terapii. Dzięki temu może sprawdzić, na ile trwałe są efekty terapii.

W moim wypadku kluczowy jest konflikt między ambicjami intelektualnymi a brakiem możliwości ich realizacji w ramach instytucjonalnej nauki, w których przez wiele lat próbowałem to robić. Zżera mnie ten konflikt. Mam poczucie, że posiadam umiejętności, doświadczenia i wiedzę, z którymi mógłbym dużo więcej zarabiać, robić dużo ciekawsze rzeczy, mieć dużo więcej satysfakcji, tymczasem cały czas jest mi trudno dbać o siebie. Kiedy mam pomóc komuś napisać CV albo aplikację o pracę, nie sprawia mi to żadnego problemu; jak mam zrobić to samo dla siebie, od razu się denerwuję. Powraca bezradność, złość oraz mocne przekonanie, że nie chcę grać w tę grę, wchodzić do tego świata. Kiedy ostatnim razem szukałem pracy, skupiłem się na publicznych instytucjach. Nie chciałem pracy w firmach prywatnych, bo bałem się, że tego nie udźwignę. Wydaje mi się, że robienie dla kogoś rzeczy bezsensownych byłoby większym obciążeniem niż wiązanie końca z końcem za śmieszne pieniądze. Z drugiej strony mam poczucie, że cholera, mógłbym i powinienem żyć lepiej. Ale to wymaga dostosowania się do reguł, których nie jestem w stanie zaakceptować. Być może zresztą jest na odwrót i moja niechęć do pracy „komercyjnej” i podziw dla pracy, której efekty intelektualne lub materialne są społecznie pożyteczne i wartościowe, wynikają z mojego resentymentu wobec świata klasy średniej i wyższej, do którego mógłbym tylko bezskutecznie aspirować.

Jeśli chodzi o skutki znajomości teorii Bourdieu, to przypominają mi się marksistowskie krytyki tej teorii. Zabawne jest, że marksiści uważają, że to ulubiona teoria elitarnych intelektualistów, którzy z wyższością patrzą na świat i sieją defetystyczny determinizm6. Siedzi taki profesor w gabinecie i kiwa ze smutkiem głową nad zaklętym kołem wykluczenia, polegającym na tym, że grupy zdominowane współuczestniczą w reprodukcji własnego zdominowania. Marksiści konstatują, że to nie jest teoria zaangażowana, ponieważ analizuje ona mechanizmy tworzenia struktur i hierarchii społecznych, ale nie wyzwala energii do ich zmiany. Rozumiem, że można ją tak postrzegać, ale po pierwsze biografia samego Bourdieu daleko odbiegała od modelu profesora, który nie musi się stykać ze światem, lecz o nim rozprawia z wnętrza gabinetu, a po drugie kłóci się to z moim doświadczeniem. Teoria Bourdieu pozwoliła mi zrozumieć, że wiele podziałów społecznych wcale nie jest stabilnych, przeciwnie: pełno w nich niedookreślenia i płynności. Od kwestii determinizmu ważniejsze jest dla mnie, by pamiętać, że nawet, jeśli w danym momencie świat społeczny nie daje ci pola manewru, jest on całkowicie skonstruowany. To uwalnia i daje przewagę intelektualną: uświadamiamy sobie, że nic nie jest dane z natury, wszystko jest społecznie stworzone i może zostać stworzone zupełnie inaczej. Często spotykałem się z argumentem, że sam sobie utrudniam życie poprzez sposób, w jaki myślę o rzeczywistości. Zapewne. Łatwiej jest wygrywać w grze, w którą się wierzy. Jednakże zrozumienie, że to jest gra, rozpoznanie, jak ona jest skonstruowana i jakie de facto są w niej szanse, otwiera bramę do wolności wewnętrznej, wolności od własnych uwarunkowań, które postrzegam jako zewnętrzne wobec mnie w tym znaczeniu, że choć jestem przez nie ukształtowany, to pochodzą one skądinąd. Tego bym bronił. Dystynkcje, struktura klasowa, męska dominacja, świat symbolicznych uniwersów – to wszystko jest konstruowane, a zatem to wszystko można zmienić.

Paweł Matusz: Ja czuję się tej teorii coś winny, bo ona mnie uratowała przed cierpieniem.

Anna Zawadzka: Ale czy to nie jest także bezwzględne i okrutne: zobaczyć swoje życie w kontekście świata społecznego?

Xawery Stańczyk: Mi się ta bezwzględność podoba, ponieważ jest uczciwa, a po latach zwodzenia przez wszelakie piękne wizje i późniejszej goryczy, gdy okazywało się, że życie wygląda inaczej, doceniam to, jak ktoś nie wciska mi kitu.

Anna Zawadzka: To jest socjologiczne BDSM.

Paweł Matusz: Małgorzata Jacyno mówi, że poddanie się determinizmowi jest objawem zdrowia psychicznego. Możesz wtedy stanąć obok i oglądać samego siebie wykonującego przeróżne fikołki. Bo nie mieć kapitałów, a jednocześnie realizować aspiracje, to nieustanna gimnastyka na torze przeszkód.

Wracam jednak do pytania o rezygnację. Moja terapeutka kiedyś spytała mnie, czego chcę. Wtedy pomyślałem, że wszystko, czego chcę, skądś się przecież wzięło. Nikt z nas nie jest jakiś z urodzenia, po prostu jesteśmy nieustannie w sytuacjach. Na przykład pracując z dziećmi, idę ścieżką pracy reprodukcyjnej, a pracując intelektualnie, reprodukuję kompleksy moich rodziców. Moja terapeutka nie była w stanie wyjść poza ideę czystego istnienia. Nie rozumiała, że nasze napędy nie są niewinne. W komunizmie cieszyłbym się, będąc piekarzem, bo miałbym takie samo poważanie jak lekarz albo prezydent. Terapia owszem, wyleczy mnie z chujowego samopoczucia, bo nie jestem lekarzem ani prezydentem, nadal jednak, będąc piekarzem, zarabiam minimalną krajową i nie mam kontroli nad swoim życiem.

Anna Zawadzka: Prawdopodobnie terapia zada ci także pytanie, dlaczego mogąc być lekarzem, wybrałeś bycie piekarzem. Tymczasem w komunizmie takie pytanie nie miałoby sensu. Zostałoby ono zniesione przez inną logikę pola pracy i podziału prestiżu.

Paweł Matusz: Terapia leczy z indywidualizmu za pomocą indywidualistycznych narzędzi. To jest błędne koło. My także ciągle rozmawiamy o emancypacji na poziomie indywidualnym. Po terapii moje życie ma lepszą jakość, odczuwam mniej lęku, śpię lepiej, a mój układ krążenia jest mniej obciążony. Ale to nie jest projekt emancypacji, lecz negocjowanie alienacji. Alienacji polegającej na kurczeniu się mojego świata. Potrzebujemy następnego kroku. Kroku w kierunku pozytywnego projektu kolektywnego, który na powrót by ten świat rozszerzył i którego moglibyśmy stać się częścią.

Aspirować czy rezygnować?

Anna Zawadzka: Zgadzam się, że teoria Bourdieu emancypuje, unaoczniając, że to są klocki, które można by poustawiać inaczej. Jednak spoiwo tych klocków jest bardzo silne tworzy z nich konstrukcję z żelaza i stali. Dlatego uparcie wracam do pytania o rezygnację: czy nie jest tak, że aspirować to znaczy umacniać tę konstrukcję swoim wysiłkiem?

Xawery Stańczyk: Bardzo lubię Reguły sztuki, bo one pokazują pole w trakcie dynamicznego procesu kształtowania. Bourdieu skupia się w tej książce na polu literackim, choć odnosi się też do równolegle kształtującego się pola malarskiego. Opisuje, jak wraz z wyłanianiem się autonomicznego pola produkcji kulturowej przesuwają się pozycje jednostek w ramach pola, zmieniają się stawki gry i strategie, a także relacje między polem i jego subpolami z jednej, a polem władzy – z drugiej strony. Centralna w tym opisie jest postać Flauberta, który tworzy Flauberta – pisarza. Powiedziałbym, że to jest element „nietzscheański” u Bourdieu, który bardzo cenię, analiza tego, jak jednostki stwarzają siebie wobec świata społecznego. Jednocześnie fakt, że wybitność pisarza polega właśnie na nieustannej autoanalizie, stwarzaniu się i przezwyciężaniu własnych ograniczeń i uwarunkowań a nie jakimś tajemniczym geniuszu czy natchnieniu na resorach, czyni go kimś bliższym czytelnikowi, bardziej ludzkim. Wybitność to zrozumienie własnego położenia strukturalnego, umiejętność spojrzenia na nie z zewnątrz, a w konsekwencji także wykroczenia poza jego ramy. Tylko tyle i aż tyle. Tu także Bourdieu nie pozostawia złudzeń, dowodząc, że Flaubert nie mógłby dokonać tego, czego dokonał, gdyby nie był rentierem – miał zapewniony byt materialny i mógł oddać się pisaniu bez ryzyka straty finansowej i unikając wpadania w pułapkę bohemy. Niemniej świat społeczny nigdy nie zamiera – zawsze jest w ruchu, a zrozumienie mechanizmów jego dynamiki pozwala wpływać na pozycję, którą się w danej chwili zajmuje, i lepiej ocenić cele, do których, poruszając się w tym czy innym polu, dążymy z mocy samego pola. Te trzy cechy: nacisk na dynamikę kształtowania się pola, a nie jego statyczny opis, możliwość wykonania pracy stworzenia siebie na nowo dzięki świadomości tego, z czego jest się zrobionym, oraz odczarowanie świata sztuki wraz z wskazaniem funkcji mitu bezinteresowności artysty, są dla mnie najważniejsze w tej książce. Dlatego wracając do Twojego pytania o rezygnację, uważam, że oczywiście aspirując wzmacniamy strukturę pola, a nie aspirując, wyłamujemy się spod reguł gry. Pozostaje jednak pytanie o cel. Jakie stawki możemy wygrać, grając wbrew regułom? Czy poza emancypacyjną świadomością, że zrobiliśmy coś inaczej, niż byliśmy do tego predysponowani, jest tu coś jeszcze do ugrania? I czy rzeczywiście to, co zostaje nam do wyboru, to wypełnienie społecznej predestynacji i zrezygnowanie z tego, do czego nie jesteśmy przeznaczeni, albo skazane na porażkę aspirowanie, które też można odczytać jako element tej predestynacji? A mówiąc wprost, czy pozycje, które udało nam się mimo wszystko osiągnąć, związane z tym zdolności i wypracowane dyspozycje, wraz z całą naszą wiedzą o regułach funkcjonowania tych mechanizmów, nie stanowią szansy, by gdzieś skutecznie wbić klin w tryby tego systemu?

Anna Zawadzka: Postawiłabym to pytanie nieco inaczej: jak to się stało – historycznie i społecznie – że my troje mamy aspiracje niedopasowane do możliwości? I od razu drugie pytanie: jakie fikołki wykonujemy, by sobie z tym poradzić?

Paweł Matusz: Ja czuję się dotknięty deklasacją. Moim rodzicom było lepiej w realnym socjalizmie. Wraz z końcem PRL bardzo szybko i boleśnie odczuliśmy brak kapitału ekonomicznego i pomocy państwa, która dotychczas ten pierwszy brak wyrównywała. Mi został jedynie kapitał kulturowy. Cała reszta wyparowała.

Xawery Stańczyk: Dotychczas patrzyłem na swoje fikołki przez pryzmat relacji z rodzicami, a przede wszystkim niespełnionych ambicji mojego ojca, który jest z pokolenia awansu społecznego: jego rodzice pochodzili ze wsi, mój dziadek był robotnikiem. Jako młody człowiek ojciec obracał się w kulturalnym środowisku Warszawy i aspirował do niego. Po marcu 1968 nie mógł jednak studiować na Uniwersytecie Warszawskim, poszedł więc na studia na SGGW, po których został inżynierem rolnictwa. Później zaczął pracę w handlu zagranicznym i właściwie do emerytury pracował jako handlowiec. W międzyczasie skończył jeszcze studium religioznawstwa. Ale jego ambicje kulturalne i intelektualne pozostały niezaspokojone. Przeniósł je więc na dzieci.

Dopiero niedawno dotarł do mnie szerszy, społeczny wymiar mojego uplasowania. Kiedy pracowałem nad artykułem o młodzieży w okresie stalinowskim, wróciłem do książki Barbary Fatygi o kulturze młodzieżowej lat 90. Jedną z grup, które autorka tam wyodrębnia, są „nieudacznicy”. Wbrew pozorom nie jest to młodzież nieuprzywilejowana; dzieci z rodzin robotniczych, które chodzą do techników i zawodówek, Fatyga przyporządkowuje do innej grupy. „Nieudacznicy” są przepełnieni „resentymentem”, nostalgią za PRL i „postawą roszczeniową”. W ich rodzinach zdecydowanie przeceniana jest edukacja, a wykształcenie łączy się niemal automatycznie z awansem ekonomicznym7. Przypomniało mi to lata 90. w moim domu. Często wtedy nie mieliśmy pieniędzy na wydatki wykraczające poza podstawowe potrzeby, a jednocześnie rodzice wywierali na nas ogromną presję, by się uczyć, kształcić i – po osiągnięciu dojrzałości – wyjeżdżać z Polski. Myślę, że była to kwestia nie tylko obarczania dzieci własnymi aspiracjami, ale także nierozpoznania nowego porządku, który formułował się w warunkach transformacyjnych.

Anna Zawadzka: Myślisz, że przecenianie edukacji w twoim domu było pokłosiem PRL, kiedy edukacja mogła wydźwignąć ponad pochodzenie klasowe?

Xawery Stańczyk: Raczej dezorientacji i zagubienia. Kolejne prace, nieudane pomysły na własne przedsięwzięcia, dziwne inicjatywy biznesowe mojego ojca, ezoteryczne pasje mojej matki – nieumiejętność odnalezienia się moich rodziców w kapitalizmie utwierdzała ich w przekonaniu, że lekarstwem na to będzie porządna edukacja, której paradoksalnie ani nie mogli – nigdy nie chodziłem na żadne korepetycje – ani nie chcieli finansowo zapewnić, bo kłóciłoby się to z ich transformacyjnym etosem osiągania wszystkiego samemu, od zera, a mam hipotezę, że twarde obstawanie przy tym etosie pomagało im zapoznać korzyści wyniesione z poprzedniego systemu. W tego rodzaju socjologicznej autoanalizie widzę uzupełnienie dla dyskursu terapeutycznego, który dostrzega odbicia i przeniesienia w obrębie rodziny, ale już niekoniecznie wpływy świata społecznego i okoliczności historycznych. Żałuję, że terapeuci często nie mają szerszego socjologicznego oglądu, bo on pozwala wiele wyjaśnić. Dlatego mojej terapeutce zarzucałbym nie tyle zniekształcenia ideologiczne, co zawężenie perspektywy, które pozwalało wyostrzyć obraz rodziny, ale usuwało z kadru całą resztę.

Paweł Matusz: Dlatego właśnie terapeuci mogą być niebezpieczni, bo wzmacniają aspiracje, których pacjenci z niższych klas społecznych nie będą mogli w żaden sposób spełnić. Robią to bez świadomości, że możliwości spełnienia tych aspiracji nie są równo rozdzielone. Gdybym nie miał wyobraźni socjologicznej, terapia mogłaby zrobić mi taką właśnie krzywdę. Dałaby mi fałszywe przekonanie o sprawczości i sile, których nie mam.

Xawery Stańczyk: Przydałby się klasowy nurt w psychoterapii.

Anna Zawadzka: Albo przynajmniej badania na ten temat. Ale kto by się dał na coś takiego przebadać.

Berlin – Lipsk – Warszawa

lipiec 2019 – marzec 2020

1 Nikołaj Bucharin i Jewgienij Prieobrażenski, Abecadło komunizmu, tłum. Janusz Dobieszewski, Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej, Warszawa 2008, http://www.1917.net.pl/sites/default/files/Nikolaj_Buharin_i_Jewgienij_Prieobrazenski-_Abecadlo_komunizmu.pdf, dostęp: 20.03.2020.

2 Fryderyk Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa w związku z badaniami Lewisa H. Morgana, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, t. 21, tłum. J. F. Wolski (Ludwik Krzywicki), Książka i Wiedza, Warszawa 1969, https://www.marxists.org/polski/marks-engels/1884/pochodzenie/index.htm, dostęp: 20.03.2020.

3 Slavoj Žižek, Transgender dogma is naive and incompatible with Freud, „Spectator Life”, 30.05.2019, https://life.spectator.co.uk/articles/transgender-dogma-is-naive-and-incompatible-with-freud/, dostęp: 20.03.2020.

4 Patsy l’Amour laLove, Beißreflexe: Kritik an queerem Aktivismus, autoritären Sehnsüchten, Sprechverboten, Qerverlag, Berlin 2017.

5 Termin ten stosuję za Małgorzatą Jacyno.

6 Por. Dylan Riley, The Academic as Revolutionary, „Catalyst” 1(2) 2017, https://catalyst-journal.com/vol1/no2/bourdieu-class-theory-riley, dostęp: 23.03.2020.

7 Barbara Fatyga, Dzicy z naszej ulicy. Antropologia kultury młodzieżowej, Ośrodek Badań Młodzieży, Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW, Warszawa 1999, s. 65.

Leave a Reply