Nędza filozofii (1)

W niniejszym dziale, którego tytuł zaczerpnęliśmy z rozprawy Marksa obnażającej intelektualną mizerię Proudhona, lecz także niemieckiej filozofii i ekonomii politycznej, będziemy publikować fragmenty refleksji czołowych filozofów, socjologów, pisarzy, myślicieli i mężów stanu, prawiących wyświechtane frazesy, żałosne komunały i ordynarne głupstwa z namaszczeniem i powagą godnymi prześwitów w ciemności nocy, w których nieskrytości wyistacza się jedność bycia. Mówiąc nieco prościej: będziemy tu punktować górnolotny banał, intelektualne szalbierstwo i pustą tromtadrację wypowiadane przez tych, którzy dzięki społecznej prawomocności mogą paplać dowolne bzdury ku zachwytowi kulturalnych czytelników. Oszczędzimy wam jednak przytaczania słów najbardziej komicznych i żenujących wielbicieli prawdy leżącej pośrodku, piewców zdrowego rozsądku i szermierzy świętej doksy, a skupimy się na tych spośród naszych milusińskich, którzy – bynajmniej nie mniej groteskowi w swoim bezwstydzie – z przyczyn wymagających osobnej analizy wciąż uchodzą za roztropnych intelektualistów i moralne drogowskazy w oczach lewicowej publiczności.

Zapraszamy do wyprawy poprzez wyżyny polskiej myśli politycznej u podnóża Olimpu zamieszkanego przez najtęższe umysły naszych czasów, arystokrację ducha, w której żyłach płynie krew jeśli nie błękitna, to i tak słodsza od waszej, kartoflano-buraczanej. Ale ostrzegamy: wpływając na ten suchego przestwór oceanu, wyruszacie w podróż przez ziemię jałową!

 

scholars-at-a-lecture
William Hogarth, Scholars at a Lecture, domena publiczna

 

Gdybym próbowała znaleźć jakąś metaforę na to, czego właśnie – niezależnie od szerokości geograficznej – doświadczamy, powiedziałabym, że przechodzimy test. Coś nas testuje.
Nie wiem, czy to fatum, demon, Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek? Testuje nas i to na bardzo wielu poziomach. Mówi: „Sprawdzam!”.
Na poziomie indywidualnym odkrywamy te swoje potrzeby, o których już zapomnieliśmy – spokoju, osobności, oderwania, refleksji, nudy. Siedząc zamknięci w domach, możemy uważnie przyjrzeć się sobie i swoim granicom.
[…]
Myślę też o tym, jak ciężkie chwile przeżywać muszą lekarze i pielęgniarki, pozostawieni sami sobie na pierwszej linii frontu, jak muszą się czuć listonosze i kurierzy roznoszący paczki i przesyłki. Naprawdę niełatwo sobie z tym poradzić. Ale – to niesamowite – ludzie stali się dla siebie znowu mili. Uśmiechają się do siebie z daleka, gdy wychodzą na spacer psami.
A pies stał się cenną przepustką do wolności.
[…]
O, jakbym chciała mieć jeszcze w życiu u władzy kogoś, komu ufam, kogo szanuję, kto ma kompetencje, wizję na przyszłość. Komu autentycznie zależy na wspólnym dobru, a nie utrzymaniu władzy za wszelką cenę, nawet – jak teraz przy okazji wyborów – po trupach. Marzy mi się władza, która traktowałaby obywateli z szacunkiem i autentyczną tolerancją, próbując pogodzić różne, często sprzeczne potrzeby. Wiem, słyszę się. To brzmi naiwnie, ale naiwność nie zawsze jest głupotą, często wyraża jakąś przeczuwaną naturalną idealną oczywistość.
Jestem zmęczona taką polityka, jaką mamy w Polsce. „Łowieniem w mętnej wodzie”, przepychaniem z ironicznym uśmieszkiem partykularnych celów. Malutkimi nocnymi zamachami stanu. Bezwstydnym cynizmem.
I nikt tej gry nie umie powstrzymać.
Ona stała się tak cyniczna, że nie wiadomo już, co zrobić. Ludzie, którzy bardzo długo oddają się władzy i jej rytuałom, którzy wyspecjalizowali się w makiawelicznym myśleniu, kombinowaniu, liczeniu procentów, tracą w pewnym momencie kontakt z rzeczywistością.
Ich psychika cierpi, sposób myślenia się wypacza, bo ludzie, którymi zarządzają, przestają być dla nich żywymi zindywidualizowanymi istotami, a stają się pionkami w grze.
Wydaje się, że można nimi sterować, przesuwać bez końca. Ludzie, którzy długo pozostają u władzy, żyją tylko nią, a pozbawieni są jakichkolwiek innych sfer życia, zatracają się w tym szaleństwie. Przypomina mi się Enver Hodża, który powodowany paranoją budował co kilkadziesiąt metrów bunkry na wybrzeżu Adriatyku.

Olga Tokarczuk w rozmowie z Michałem Nogasiem, 11 kwietnia 2020 r., „Gazeta Wyborcza”

 

Pytają czytelnicy, jak sprawić, by decyzje podejmował mały kompetentny sztab kryzysowy, a nie politycy. Nie wiem. Ale wiem – od Johna Gray’a – że Margaret Thatcher co miesiąc zapraszała na kilkugodzinną kolację Karla Poppera, Isaiaha Berlina, Friedricha von Hayeka, Michela Oakeshotta i Johna Gray’a oraz kilku innych wybitnych angielskich myślicieli. Trwało to latami. Oni rozmawiali, ona słuchała i nie zadawała pytań. Nie rozgłaszała tych spotkań. Jaki miała z tego pożytek? Nie wiadomo. John Gray też tego nie wie, a tylko on z tego grona został. Wiem także, iż Raymond Aron – jeden z największych myślicieli politycznych XX wieku – doradzał przez lata de Gaulle’owi, mimo że często się z nim nie zgadzał. A znany może Państwu z lektury Michael Sandel doradzał, jako jeden z kilku, wybitnemu amerykańskiemu prezydentowi, czyli Billowi Clintonowi. Wniosek prosty – im inteligentniejszy przywódca polityczny, tym chętniej słucha cudzych opinii.
W Polsce od 1989 roku żaden polityk nie prosił o żadną radę. Wyjątkiem był krótki okres, kiedy Aleksander Smolar doradzał naprawdę głęboko myślącemu Tadeuszowi Mazowieckiemu. Zajmuję się od pięćdziesięciu lat myślą polityczną, jej historią i filozofią polityki. Nigdy nikt ze świata polityki nie zapytał o nic mnie ani żadnego z moich kolegów, których znam kilkunastu i to bardzo wybitnych. Nie ubolewam. Przeciwnie, nie zawracano mi głowy. Ale czy to nie jest świadectwo mijających czasów. Dlaczego nie pytali? Bo byli zbyt ciemni intelektualnie albo dlatego, że sądzili, iż czas „demokracji liberalnej” będzie trwał wiecznie i nie ma nad czym się zastanawiać. Korekty tu i ówdzie, ale pryncypialnie sprawy są oczywiste. Tak było, ale się skończyło w okolicy przełomu tysiąclecia. I do „demokracji liberalnej” już nigdy nie wrócimy, o czym jeszcze będę pisał wielokrotnie.
Przyszedł jednak – na skutek pandemii – o czym pisze wybitny bułgarski filozof Ivan Krastev, czas „ludzi wiedzy” i ich dominacji. To rodzi wielkie nadzieje, ale i istotne zagrożenia dla zanikającej demokracji, dla idei równości i grozi platońskim autorytaryzmem. O tym jednak jutro.
A od dzisiaj będę polecał lektury. Na początek Wielkiego Tygodnia: „Ojciec zadżumionych” Juliusza Słowackiego.

Marcin Król, 6 kwietnia 2020 r., wpis na portalu Facebook

 

Ja na przykład w codziennym życiu – podkreślam, w codziennym życiu – jestem zwolennikiem zdrowego rozsądku. Tylko co to jest zdrowy rozsądek w obecnej sytuacji? Gdzie on się znajduje? Bo przecież zdrowy rozsądek opiera na statystycznym opracowaniu: zwykle jest tak a tak. Tymczasem my od bardzo dawna nie mieliśmy do czynienia z pandemią, ostatnia to była hiszpanka sto lat temu. I nie mamy skąd czerpać zdrowego rozsądku w tej sprawie. Ja – ale podkreślam, że to moja osobnicza predyspozycja – mam skłonność do arystotelesowskich rozwiązań. Jak mi dwie strony mówią, że trzeba robić tak albo tak, to próbuję znaleźć złoty środek. Tyle że wcale nie wiadomo, czy to obecnie jest słuszne. Każda ze stron w tych negocjacjach rodzinnych może twierdzić, że zdrowy rozsądek jest po jej stronie.
[…]
Kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa, ludzie byli bardzo podekscytowani, żołnierze, rekruci, ale też zwykli obywatele, odbywały się wielkie wiece z okrzykami radości. Później zamieniło się to w głęboką i straszną rozpacz, która zresztą przyniosła dramatyczne konsekwencje w XX wieku. Ten wojenny przykład odsyła nas do podstawowego tropu kulturowego, jakim są Czterej jeźdźcy Apokalipsy, gdzie nieprzypadkowo połączone zostały Zaraza, Głód, Wojna i Śmierć. Bo pojawienie się jednego jeźdźca, Zarazy, oznacza zwykle nadejście drugiego jeźdźca, Głodu, co zresztą widać po instynktownej reakcji europejskich społeczeństw, nie tylko Polaków, ludzie rzucili się do sklepów. Pojawienie się Zarazy oznacza też zagrożenie Wojną, bo na dłuższą metę w miarę rozprzęgania się struktury społecznej i pogłębiania krzywd ujawnia się przemoc. To, że te wszystkie plagi zostały w Apokalipsie św. Jana połączone, jest wyrazem głębokiej prawdy, że zachwianie w jednym obszarze funkcjonowania społeczeństwa może łatwo pociągać za sobą zachwianie w innych obszarach.

Andrzej Leder w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim, 30 marca 2020 r., Gazeta.pl

 

Nie lepiej było skoncentrować się tylko na grupie ryzyka i pozwolić żyć normalnie, uczyć się i pracować reszcie? Nie byłoby takiego problemu z ilością testów, masek, łóżek szpitalnych, personelu medycznego, itd. Środki finansowe można byłoby poświęcić na przetestowanie wszystkich z grupy ryzyka, skuteczne leczenie chorych oraz szczelną kwarantannę tych, których wyniki testów były negatywne. Testowanie i leczenie wszystkich z objawami oznacza przy ograniczonych możliwościach służby zdrowia, że dla części najbardziej potrzebujących zabraknie miejsca. Jakiejś liczby ofiar można było więc uniknąć. I niektórych zachorowań, gdyby nie doprowadzono do zamykania szkół i powrotów z zagranicy, a w konsekwencji do masowego przemieszania chorych ze zdrowymi.

Sławomir Sierakowski, 23 marca 2020 r., Onet.pl

 

Wybory są niemożliwe do zorganizowania tak, by mogły spełniać wszystkie reguły demokratyczne. PiS tę potrzebę prędzej czy później dostrzeże, nawet jeśli dzisiaj są zachwyceni tym, że Duda może prowadzić kampanię.
Dlatego tak, wybory powinny zostać przesunięte. Wszystkie ugrupowania polityczne powinny wspólnie i ponad podziałami wydyskutować, jak to zrobić: czy poprzez wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, czy stanu wyjątkowego.
Moim zdaniem konieczność przesunięcia wyborów nie może być pretekstem do wprowadzenia nadmiernych ograniczeń. Zupełnie wystarcza i jest adekwatny do obecnej sytuacji stan klęski żywiołowej. Ale to powinno zostać wydyskutowane wspólnie, ponad podziałami – stawką jest ochrona przed kryzysem demokracji.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk w rozmowie z Mateuszem Kokoszkiewiczem, 19 marca 2020 r., „Gazeta Wyborcza” Wrocław

 

Na Wyspach życie toczy się wciąż dość normalnie. Jest nieco niepokoju, na pewno nie ma paniki. Wczoraj po spacerze z psami zajrzeliśmy do lokalnego pubu, w którym było co prawda mniej gości niż zwykle w sobotnie popołudnie, ale bynajmniej nie było pusto. Jedynym znakiem epidemii była butelka płynu do dezynfekcji rąk stojąca na barze.
Do teatru w Londynie – podobnie jak szkoły i uniwersytety, teatry i inne placówki kulturalne są normalnie otwarte – nie pojechałem, ale dlatego, że przyjaciel, z którym mieliśmy być w National Theatre, musiał dostać się do Polski przed zamknięciem granic. Do Warszawy leciał z przesiadką w Krakowie, gdzie stał pół godziny na zimnie, zanim zmierzono mu temperaturę. – W tych warunkach rzeczywiście można się przeziębić – napisał z lotniska w Balicach.
Widoczna reakcja jest tam, gdzie w grę wchodzi bezpieczeństwo osób starszych – 93-letnia królowa odwołała większość wystąpień publicznych i spotkań, o powstrzymanie się od odwiedzin proszą domy opieki i szpitale. W internecie furorę robi też „wirus życzliwości”, czyli kampania polegająca na wrzucaniu przez otwór na listy starszym i mogącym potrzebować pomocy sąsiadom deklaracji pomocy wraz z danymi kontaktowymi.
W Londynie byłem w czwartek. Wystawę Picassa w Royal Academy of Arts oglądałem w dość komfortowych warunkach – normalnie są tam tłumy. W restauracji, w której jeszcze kilka dni temu trzeba było rezerwować stolik z wyprzedzeniem, teraz usiedliśmy bez kolejki. Podobnie jest w metrze, pociągach, na chodniku – jakby od tygodnia wciąż był drugi dzień świąt Bożego Narodzenia.
[…]
To przywiązanie do nauki i głosów ekspertów nawet wówczas, gdy nie idzie ono w parze z chęcią zamknięcia wszystkiego i natychmiast, sprawia wrażenie odpowiedzialności i wyważania racji oraz przeciwdziała panice. Powoduje też, że z perspektywy Wielkiej Brytanii to, co dzieje się np. w Polsce, wygląda, jakby rząd, kierując się nie rozsądkiem, ale politycznie motywowaną chęcią wyprzedzenia paniki, postanowił zniszczyć gospodarkę i zmusić ludzi do podjęcia niebywałego wysiłku, jeszcze zanim taki wysiłek będzie rzeczywiście potrzebny. Brytyjskie podejście do epidemii rozumiem – polskie pachnie mi populistycznym szaleństwem.

Stanisław Skarżyński, 15 marca 2020 r., „Gazeta Wyborcza”

Leave a Reply