Czy warto ratować artystów?

Paweł Matusz

praca do kochania
Obraz Gérarda Singera 14 lutego w Nicei ustawiony w holu Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Podobno koronawirus przyniósł nam coś na kształt komunizmu wojennego. Z jednej strony to prawda, bo kapitalistyczna gospodarka sią załamuje, z drugiej – nic bardziej mylnego. W pracy pozostali najgorzej opłacani pracownice i pracownicy, którzy często wykonują zawody o niskim prestiżu, do których należą obsługa kasy w supermarkecie, produkcja i dystrybucja żywności, praca opiekuńcza i praca służb publicznych. Cała robota polegająca na utrzymaniu porządku społecznego pozostaje – jak zawsze – na ich barkach. Teraz jednak stała się widoczna jako przedmiot dyskusji o dodatkowym ryzyku, na które są nastawieni. Epidemia uderza więc głównie w pracowników skazanych na zależność od państwa lub od bogatych filantropów. Ci, którzy pracują dla korporacji takich jak Amazon, sieci supermarketów lub pracownicy publicznej służby zdrowia odczuwają efekty epidemii najdotkliwiej.

W związku z tą sytuacją pojawił się nawet zwyczaj klaskania na balkonach jako wyraz podziękowania dla pracy pielęgniarek i przedstawicieli innych zawodów, bez których nasze życie nie byłoby możliwe (niezależnie od zagrożenia epidemicznego). Chodzi tu głównie o pracę fizyczną. Po angielsku mówi się ostatnio o „essential work”, a po polsku o „pracy społecznie krytycznej”. To nowe określenia, które mają zwiększyć prestiż źle opłacanych zawodów. Oklaski te przybrały wyjątkowo karykaturalną formę w wykonaniu Kidawy-Błońskiej – osoby uprzywilejowanej, której bogactwo i pozycja zostały ufundowane na wyzysku klasy robotniczej. Od pielęgniarek można usłyszeć, że takie podziękowania to dla nich irytująca hipokryzja. Zwyczaj ten wypada słabo w kontekście tego, jak nisko opłacana jest ich praca. A więc jeśli mamy do czynienia z symboliczną namiastką komunizmu, to tylko z powodu tego, że w czasie koronawirusa bardzo trudno byłoby ukryć, jak ważna jest praca tych najgorzej opłacanych pracownic i pracowników.

Docenienie pracowników i pracownic, których praca jest społecznie krytyczna, ma zatem jedynie powierzchowny charakter, którego funkcję można wręcz przyrównać do mechanizmów ruchów faszystowskich: symboliczne dowartościowanie bez sprawiedliwszego podziału pracy. Dzięki oklaskom i innym gestom podziękowania inteligencja wytwarza atmosferę, która przesłania i pacyfikuje konflikt klasowy. Niełatwo jest bowiem dostrzec antagonizm klasowy, kiedy arystokraci ducha odgrywają teatr wdzięczności, będąc jednocześnie tymi, którzy narzucają zasady gry. Dla podkreślenia absurdu tej sytuacji wystarczy wyobrazić sobie dziewiętnastowiecznego ziemianina lub fabrykanta, który w ramach dobrego public relations wyraża wdzięczność pracownikom lub poddanym za ich ciężką pracę. Na co wdzięczność Kidawy-Błońskiej pielęgniarce lub kasjerce, które przez lata polskiego transformacyjnego kapitalizmu były upokarzane, lekceważone i nisko wynagradzane?

Wobec kryzysu ekonomicznego, którego efekty odczuwa szczególnie dotkliwie klasa robotnicza, o pomoc finansową proszą artyści i tak zwani ludzie kultury. Co w tym złego? Niby nic, ale warto się zastanowić, czy artyści powinni być pierwszymi w kolejce do pomocy ze strony państwa. Dlaczego ma przysługiwać im specjalne traktowanie, chociaż ich praca nie jest społecznie kluczowa? Na ile kultura wytwarzana w kapitalistycznej rzeczywistości (i niejednokrotnie jej służąca) jest użyteczna społecznie? Kultura pełni z pewnością istotną funkcję jako spoiwo społeczne, lecz nie jest niezbędna dla biologicznego przetrwania społeczeństwa.

W apelu zawodowych artystów i ludzi kultury nie chodzi o ratowanie kultury graffiti, muzyki pop czy popularnych produkcji telewizyjnych. Tu chodzi o ratowanie galerii i tych artystów, których życie (w przeciwieństwie do osób, które nie traktują uprawiania sztuki jak zawodu) jest ściśle sprzężone z funkcjonowaniem pola artystycznego we współczesnym kapitalizmie. Ratowanie dobrze uplasowanych galerii sztuki i zawodowych artystów to podtrzymywanie status quo. To ratowanie stylu życia. Nie ma tu mowy o ratowaniu życia artystów, którzy zarabiają graniem muzyki na ulicy lub występami, które odbywają się z dala od najważniejszych galerii. Niezinstytucjonalizowana kultura queerowa, pokazy drag queen i drag king, też nie wchodzą w zakres profesjonalnego pola sztuki. Niezależni artyści i artystki, których sztuka jest użyteczna społecznie i z założenia odcinają się od kultury dominującej i pola sztuki, też nie proszą państwa o pomoc. Wiedzą, że nie mają na co liczyć z jego strony. Już przed epidemią artyści i artystki te musieli znaleźć sposób na przetrwanie bez publicznego mecenatu, współpracując z biznesem albo podejmując się dodatkowych prac zarobkowych. Dla wielu z nich bezkompromisowy charakter ich twórczości oznaczał konieczność rezygnacji z bycia zawodowymi artystami. Zmianę lub choćby dyskusję na temat zasad tworzenia sztuki należałoby zacząć od pytania, na ile zasady te są z gruntu kapitalistyczne. Czy obowiązujące w polu sztuki reguły wolnego rynku i konkurencyjności są warte ratowania? Czy świat, w którym jeden obraz warty jest wielokrotność miesięcznej pensji minimalnej, jest warty dalszych inwestycji z publicznych funduszy?

Dla większości ludzi dostęp do kultury (zarówno jej produkcji, jak i konsumpcji) jest przy tym znacznie ograniczony. Nie zmienią tego kampanie szerzące czytelnictwo i bycie kulturalnym – znalezienie czasu na kulturę dla pracownika fizycznego na pełnym etacie i z rodziną graniczy z niemożliwym. Praktyczna niedostępność dóbr kultury wynika głównie z niesprawiedliwego podziału pracy, któremu hołdują zawodowi artyści, rozkochani w swoim stylu życia. Chodzi tu jednak nie tylko o ograniczenia czasowe i finansowe, lecz także o konteksty kulturowe. Wielu z nas zna uczucie niezrozumienia sztuki z powodu braku znajomości niezbędnych kontekstów. Czy chcemy ratować sztukę, która alienuje?

Nie chodzi mi o przekreślanie twórczości artystycznej, lecz o refleksję nad jej własnymi hierarchiami. Kto zostaje artystą i może się nim mianować? Podobne pytanie należy postawić polu naukowemu, do którego dostęp obudowany jest selekcjami klasowymi, rasowymi i płciowymi. Niezależni artyści i artystki znajdują się w sytuacji paradoksalnej: zgoda z wyznawanymi przez nich wartościami automatyczne wyklucza ich z głównego obiegu, którego zasady dyktuje kultura dominująca. Ich twórczość wymaga zatem negocjacji i kompromisów, które stwarzają szanse na zdobycie prawomocności. A nawet jeśli uda się im znaleźć zaczepienie instytucjonalne, to niestety przeważnie w miejscach najbardziej elitarnych, w efekcie czego radykalne głosy stają się niegroźnym elementem wystroju muzeum.

Artyści – zwłaszcza ci lewicowo nastawieni – powinni raczej solidaryzować się z pracownikami fizycznymi, niż sami prosić o pomoc w imię zasady „zawód jak każdy inny”. W końcu dla osoby jakkolwiek krytycznej wobec systemu kapitalistycznego powinno być oczywistością, że pierwszymi ofiarami kryzysu kapitalizmu są ci, których pozycja jest najniżej w strukturze. Czy do takich osób zaliczają się artyści? Czy wizja zmiany ich pracy na “essential work” jest aż tak przerażająca?

Artystowski narcyzm i wsobność pola sztuki uderzają w apelu, w którym pracownicy kultury porównują się do azylantów, emigrantów i osób wypędzonych ze swoich domów przez konflikty, spędzających życie w obozach przejściowych lub obozach dla uchodźców. Na porównanie takie wpadli członkowie Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej, pisząc, że czują się jak „ludzie na przemiał” opisywani przez Zygmunta Baumana. Socjolog ten nie miał jednak na myśli artystów-prekariuszy, lecz globalny problem związany z nierównościami między bogatą Północą a biednym Południem, centrum a peryferiami, władcami a podwładnymi. To migranci są pierwszymi ofiarami koronawirusa: wystarczy wspomnieć o tragicznej sytuacji uchodźców w obozach na wyspie Lesbos. Artyści chętnie widzą się jako mniejszość mimo iż ich status, związany z przywilejem, kapitałem symbolicznym oraz mocą przekonywania i utrzymywania kulturowych zasad kapitalizmu, stanowi przeciwieństwo sytuacji osób zbędnych. To nie życie artystów idzie na przemiał, kiedy panuje kryzys, a rozpowszechnianie opowieści o artystach jako ludziach zbędnych służy zawłaszczaniu historii osób, o których pisał Zygmunt Bauman.

Warto zwrócić uwagę na argumenty, jakich używają reprezentanci pola sztuki, żeby uzasadnić swoją prośbę o pomoc. Dlaczego nie nawołują do strajku generalnego? Dlaczego postrzegają się jako odosobnioną, wymagającą specjalnej opieki mniejszość? Czy dla idei “sztuki dla sztuki” jesteśmy zobowiązani do fundowania artystom i innym ludziom kultury ich stylu życia, którego naczelną zasadą jest odróżnianie się od tych, których życie kształtowane jest przez nieubłagane siły kapitału? Naśladowanie habitusu, zachowań, ubioru, gestów i języka klasy ludowej to jedna z form ekspresji stylu życia, jaki cechuje artystów. Ekspresja ta oparta jest na romantyzacji lub esencjalizacji. Tak jak chłopomania. Autoprezentacja i stylizowanie się na zdominowaną mniejszość przynosi symboliczne zyski. Artysta z jednej strony pragnie jawić się jako familiarny obdartus, swój chłop, równy gość, a z drugiej – fetyszyzuje wartości duchowe, wręcz mistyczne, których dostarczać ma tworzenie i obcowanie ze sztuką. Apel o pieniądze, których artyści nie zamierzają zarobić, podejmując się pracy najemnej, wynika również z przekonania, że artystom i innym arystokratom ducha pieniądze się należą, bo zwyczajnie nie są oni stworzeni do pracy fizycznej. Zostali namaszczeni misją ukulturalniania innych ludzi niczym księża pełniący misję uduchowiania. Burżuazyjna ideologia jak się patrzy.

Czy artystą trzeba się urodzić zgodnie z wyobrażeniem geniuszu, czy to raczej kwestia stylu życia i współrzędna w strukturze społecznej? Dlaczego nikt nie nakłania artystów do przekwalifikowania się z racji kryzysu? Nie dzieje się tak, ponieważ praca artystyczna i kulturalna nie musi się z siebie tłumaczyć – z pewnością nie tak gęsto, jak muszą robić to prawdziwe ofiary kryzysu, które potrzebują podstawowych środków do życia. Praca artystyczna jest konsekrowana i zalicza się do zawodów niezbędnych, mimo że pojawienie się koronawirusa ujawniło, że jest niemalże odwrotnie.

Epidemia zwraca uwagę na reguły, jakimi posługuje się współczesny kapitalizm – podział pracy przebiega według podziału klasowego, a etos pracy ustanawia dyscyplinę niezbędną do reprodukcji. Przedszkolanka albo kasjerka prawdopodobnie nie zostanie sławnym artystą (rodzaj męski ma tu znaczenie, bo zawody nisko wynagradzane są bardzo często bardzo sfeminizowane). Koronawirus unaocznił istotność pracy klasy robotniczej. Na głos zostało powiedziane, że bez pracowników niewykwalifikowanych nie zajechalibyśmy zbyt daleko. A co z artystą? Czy może zostać kasjerką albo pielęgniarką?

Kochać pracę – to określenie kompletnie zbiło mnie z tropu, kiedy w artykule na temat koronawirusa i ludzi kultury przeczytałem, że dramatem przed którym stoją artyści, jest podjęcie pracy, której się nie kocha. Miłość do pracy – połączenie logiki miłości i świata pracy – pełni ważną funkcję w subordynowaniu pracowników. Nie kochasz swojej pracy? Nie angażujesz się w nią jak w związek? To znaczy, że jesteś złym pracownikiem. Przypomina to dyskurs patriotyczny: nie kochasz swojego kraju? To znaczy, że jesteś złym obywatelem, a może nawet zdrajcą.

Neoliberalna i pluralistyczna demokracja nauczyła nas patrzeć na różne zawody, od piekarza, przez nauczycielkę, po lekarza, jak na paletę kolorów, z której każda i każdy może wybrać, co mu pasuje, aby pokochać swoją pracę. Każdy jest kowalem swego losu, każdy może być, kim chce. Nie ma jednak nic bardziej mylnego. Ideologia indywidualizmu świetnie zakrywa podziały klasowe za pomocą baśni i legend o wolności wyboru pracy. Co to jednak znaczy kochać swoją pracę? Jakie warunki muszą być spełnione do zaistnienia tej miłości? Czy kochać swoją pracę może ktoś, kto dostaje wycisk od pracodawcy, jest mobbowany i pracuje za najniższą krajową? Czy pokochać swoją pracę może ktoś, kto stawiany jest jako negatywny przykład dzieciom z klasy średniej właśnie z racji pełnionego zawodu? Wstyd wytwarzany przez znajdowanie się na samym dole drabiny społecznej jest sprzeczny z dumą i miłością do swojej pracy. Mam zatem wrażenie, że wizja romantycznej relacji między pracownikiem a pracą jest raczej wyrażeniem ze słownika pracodawcy, elementem kapitalistycznego etosu, a nie środkiem, który miałby przenosić pracownika w krainę szczęśliwości. Pytam więc: czy artyści kochają swoją pracę, czy w swoim narcystycznym projekcie kochają raczej styl życia, który im ta praca zapewnia?

Dzięki autonomii pola sztuki jego ważni gracze wytwarzają za pomocą kapitału symbolicznego (czyli umiejętności przekonywania o istotności czegoś) atmosferę społecznej użyteczności pracy w kulturze, a w szczególności pracy artystów. Odbywa się to kosztem niewidzialności pracy fizycznej i opiekuńczej, które koronawirus chwilowo uwidocznił. Na scenie społecznego teatru pojawili się aktorzy, o których wcześniej rzadko rozmawiano lub z pogardą („Ucz się, bo będziesz siedział na kasie, albo kopał rowy”). Prośba o pieniądze dla artystów jest odzwierciedleniem stanu sprzed koronaworusa, świata sprzed czasu dziwacznego i odwróconego komunizmu wojennego, w którym obecnie żyjemy. Jest prośbą o wskrzeszenie świata ładu klasowego – metafora religijna pojawia się tu nie bez znaczenia, jeśli wziąć pod uwagę, jak podobne funkcje lub pozycje w wyobraźni społecznej zajmują figury kapłana i artysty (osobnym tematem jest rola intelektualisty).

Do kogo zwracają się artyści i ludzie kultury? Do swojej publiczności? Do klasy robotniczej? Do siebie samych, w nadziei na przedłużenie własnej autonomii w obliczu kryzysu? Jeśli swój apel kierują do państwa, to nie zapominajmy, że jest to państwo kapitalistyczne. Fundowanie przez kapitał pracy artystów jest odpowiednikiem fundowania życia dworzan przez króla. Pora spojrzeć prawdzie w oczy: społeczeństwo bezklasowe to społeczeństwo bez zawodowych artystów (1) (albo, w wersji dla liberałów, społeczeństwo, w którym każdy jest artystą).W momencie kryzysu i zmian społecznych warto o tym pamiętać, bo tkwi tu szansa na demokratyzację kultury.

Na pytanie postawione w tytule jednego z artykułów o sytuacji ludzi kultury: „A co jeśli następnej pracy nie będzie?” mam dwie odpowiedzi. Optymistyczną: może następna praca będzie, ale nie stanie się ona wyznacznikiem statusu społecznego i miejsca w hierarchii ważności, a do tego dojdą inne prace – oraz pesymistyczną: następna praca będzie, ale będzie jej mniej, co umocni hierarchizację pola produkcji kulturowej. Komunizm albo barbarzyństwo. Jeśli artyści i ludzie kultury rzeczywiście nie chcą barbarzyństwa, muszą najpierw zrzec się swoich przywilejów. Ale z tym trudno, dlatego proszą o jałmużnę, która pozwoli im dłużej pozostać na dworze króla, z dala od pracy w polu i na targowisku.

Przy wysokim kapitale symbolicznym, jaki niektórzy artyści kumulują dzięki swojej pracy, i przy uwikłaniu klasowym zawodu oraz wręcz jego quasi-religijnej otoczce, oczekiwałbym raczej solidarności z innymi klasami oraz tymi artystami i artystkami, którzy funkcjonują poza obiegiem galeryjnym i instytucjonalnym.

Mechanizm, który opisałem, nie jest niczym nowym. Już Ludwik Krzywicki pisał o „złudzeniach demokratycznych” (2) – postulatach grup lub klas społecznych, które jawią się jako równościowe, lecz w rzeczywistości sprowadzają się do żądania utrzymania kapitalistycznego status quo, lub są wręcz sprzeczne z ideą równości. Przykładem mogą służyć przedsiębiorcy, którzy proszą o pomoc państwa w imię demokracji. Tylko czy chcemy ratować zawodowych wyzyskiwaczy? Czy zależy nam na kapitalistach kulturowych i symbolicznych, którymi poniekąd są artyści?

W społeczeństwie bezklasowym nie ma miejsca dla artystów w ich dzisiejszym wydaniu. Przekonanie artystów o mistyczności, misji i trwałości ich roli oraz pozycji społecznej sprawia, że nie są oni w stanie przyjrzeć się krytycznie historii, jaka stoi za ukształtowaniem się zawodu nowoczesnego artysty. Zamiast tego głoszą ideologię miłości do swojej pracy co, jak pisze Miya Tokumitsu, jest perfekcyjnym narzędziem kapitalistycznego wyzysku.

 

1 Karol Marks, Fryderyk Engels, Ideologia niemiecka, przeł. K. Błeszyński, S. Filmus, [w:] Marks Engels Dzieła, t. 3, Książka i Wiedza, Warszawa 1974, s. 444.

2 Ludwik Krzywicki, Idea a Życie, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1957, s. 321.

Leave a Reply