Samorozwiązanie

Paweł Świerczek

The_House_of_Leaves_-_Burning_4

 

Zaraz po odejściu z akademii, w pisanych w trzeciej osobie notkach biograficznych, które pojawiały się przy różnego rodzaju publikowanych przeze mnie tekstach dodawałem zdanie:

“Jego największym osiągnięciem jest rzucenie doktoratu”. Choć od tamtego czasu minęło już pięć lat, pożegnanie się z akademią nadal uważam za jedną z najlepszych decyzji w moim życiu.

Kiedy zaczynałem studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Śląskim, akademia była dla mnie przestrzenią wolności – to ona dała mi narzędzia do zdefiniowania swojej queerowej tożsamości, a przede wszystkim pozwoliła na przeniesienie się ze wsi do miasta i zapewniła na kilka lat finansową niezależność dzięki stypendiom. Nigdy nie wiązałem swojej przyszłości z karierą naukową. Poszedłem na studia z konkretnym celem – chciałem zajmować się kinem – i używałem akademii do osiągnięcia tego celu, angażując się na tych zajęciach, które mnie interesowały, zupełnie olewając inne i markując na nich swoją wiedzę. Przykładanie się do zajęć (lub udawanie przykładania się) traktowałem zresztą jako sposób na zarobek: osiągając odpowiednią średnią mogłem załapać się na stypendium naukowe. Łatwo przychodzi mi pastisz, więc podszywanie się pod akademicki styl szło gładko.

Szybko odnalazłem własne zajawki, które uczelnia pozwalała mi rozwijać (patrz: poczucie wolności). Zaangażowałem się w koło naukowe, robiłem wolontariaty i zacząłem zajmować się dziennikarstwem, co na uczelni ukształtowało mój wizerunek jako osoby aktywnej, a poza uczelnią zaowocowało ofertą pracy, która była dla mnie wtedy spełnieniem marzeń. To był ostatni rok magisterki, a ja coraz rzadziej zacząłem pojawiać się na uczelni i poważnie zastanawiałem się nad rzuceniem studiów (po co mi one, skoro już robię, to co sobie założyłem?). Dzięki mojej ówczesnej promotorce, która spotkała mnie przypadkiem w tamtym okresie i odpowiednio mi nagadała, magisterkę napisałem.

Moja praca została oceniona bardzo wysoko, jej fragmenty przedrukowane, a ja w efekcie dostałem propozycję kontynuowania studiów i napisania doktoratu. Choć nigdy nie miałem tego w planach, pomyślałem sobie, że spróbuję, bo dzięki temu nadal będę miał wolność: jeśli zostanę na uczelni nie będę musiał pracować 8 godzin dziennie, bo może załapię się na stypendium albo grant na swoje zajawki i jeżdżenie po światowych konferencjach.

W trakcie doktoratu moje dotychczasowe doświadczenia uczelniane i wyobrażenia na temat tego, że dalej będę funkcjonował podobnie jak na licencjacie i magisterce, zderzyły się z absurdami akademickiej rzeczywistości. Owszem, na pierwszym roku doktoratu załapałem się na stypendium, co dało mi spokój finansowy, ale na tym wolność się skończyła. Komplikacje zaczęły piętrzyć się jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Odgórnie przydzielono mi do prowadzenia m.in. zajęcia z archeologii mediów, o zakresie których nie miałem najmniejszego pojęcia. Otwierał się wtedy nowy kierunek studiów – “kultury mediów”– więc i siatka zajęć była nowa. O tym, że mam je prowadzić dowiedziałem się na parę tygodni przed rozpoczęciem semestru, więc nawet nie mogłem porządnie się przygotować. Nikt z kadry nie był też w stanie pomóc mi choćby ze stworzeniem sylabusa, listy lektur i wypełnieniem tych wszystkich obowiązkowych pól w USOSie. Z USOSem poradziłem sobie dzięki pomocy kolegów-doktorantów ze starszych lat, z zajęciami – dzięki wykształconym na wcześniejszych etapach studiów umiejętnościom markowania wiedzy oraz lekturze książki “Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało” Pierre’a Bayarda.

Powyższa sytuacja zdawała się wtedy do przejścia. “Szkoła życia – pomyślałem – może na tym polega różnica między magisterką a doktoratem, że trzeba już sobie radzić zupełnie samemu”.

Większe problemy pojawiły się w kontekście tematu mojej pracy, który w trakcie rekrutacji został przyjęty bez większych zastrzeżeń, ale jak się potem okazało – pojawiły się obawy, że zostanie uznany on przez radę wydziału za “zbyt nienaukowy”. Chciałem pisać o przemianach, jakie nastąpiły w estetyce wideoklipu wraz z pojawieniem się YouTube’a, głównie w perspektywie genderowej, queerowej i somatycznej. Promotor doradził mi, żeby rozszerzyć temat na całą historię wideoklipu i skupić się bardziej na mediach niż na ciele i reprezentacji – wtedy problem “nienaukowości” zniknie. Posłuchałem i rok poświęciłem na research, po czym usłyszałem, że może jednak lepiej będzie wrócić do pierwotnej wersji i pisać tylko o współczesności. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gender studies, queer i somatyka nadal pozostają gdzieś w domyśle “nienaukowe”, a “dyspozytyw” jest bardziej godną naukowca kategorią niż “ciało”. To co interesowało mnie najbardziej, nie było mile widziane w ramach polskiego dyskursu akademickiego, ale nigdy nie było odrzucane wprost, bo to wiązałoby się z niepoprawnością polityczną.

W związku ze swoim jednoczesnym zaangażowaniem w pracę poza uczelnią, byłem w tamtym okresie mocno przepracowany i choć brak czasu nie był wtedy czymś co uznawałem za ograniczenie, dziś jestem pewien, że również mocno wpłynął na moje losy. Kłopotem, którego byłem wtedy świadom stał się mój status, “awans” w hierarchii uczelnianej, który nie przystawał do innych przestrzeni mojego życia. Uczyłem swoich znajomych i znajome – osobom, z którymi w weekend piłem alkohol w poniedziałek musiałem wystawiać oceny. Ich koledzy i koleżanki z grupy, z którymi jeszcze rok temu byłem na swobodne “cześć”, nie wiedzieli jak się zachować kiedy spotkali mnie w sytuacji pozauczelnianej. Wiem, że dla wielu osób bycie w takiej pozycji nie jest żadnym problemem, ale mnie sprawiało to ogromny dyskomfort. Przenikanie się mojego życia prywatnego, zawodowego i akademickiego prowadziło do poczucia, że pewnych rzeczy, które kiedyś prywatnie zrobiłbym bez zastanowienia, teraz mi robić nie wypada, bo mogą przeniknąć do życia uczelnianego. Cała akademicka kultura z jej feudalnymi strukturami i zasadami stała się okropnie uwierająca, zwłaszcza, że w życiu prywatnym miałem potrzebę coraz śmielszego praktykowania queeru, o którym na uczelni tylko teoretyzowałem.

Chyba w tym doszukuję się podstawy mojego odejścia z akademii: miejsce, które dało mi teorię, która pozwoliła mi zdefiniować swoją tożsamość, nie było w stanie zaakceptować ucieleśnienia tej tożsamości. Nie obwiniam za to nikogo konkretnego, bo nigdy nie spotkałem się z bezpośrednią dyskryminacją czy zwróceniem uwagi na jakieś powinności względem uczelni. Chodzi o samą atmosferę akademii, odwieczne konwenanse – fakt, że grono starszych panów decyduje o tym co jest warte uwagi a co nie, szafując kategorią “naukowości” i wszyscy się tego boją. Chodzi o to, że akademia jest radykalnie odklejona przeżywania/praktykowania cielesności, nawet jeśli ciałem się zajmuje; co więcej – wymaga wyzbycia się cielesności, jakby ta była zaprzeczeniem naukowości (pisała o tym procesie z innej perspektywy Donna Haraway w “Wiedzy usytuowanej”). Odszedłem z akademii nie kończąc drugiego roku doktoratu mając poczucie ulgi. Swoje ambicje mogłem realizować jako dziennikarz i kurator, akademia przestała dawać mi poczucie wolności, które odnalazłem gdzie indziej. Nie załapałem się wtedy na stypendium, straciłem więc również finansowe motywacje do tego by kontynuować studia.

Obserwując losy osób, z którymi studiowałem, zauważam, że z doktoratów rezygnują głównie osoby, dla których kariera akademicka wiązała się z awansem społecznym. Ale wydaje mi się, że kwestia klasowa niekoniecznie jest ostatecznym wyjaśnieniem pożegnania się z akademią (wiele z nas w jakimś sensie awansowało na innych polach). Częściej determinuje ona pozostanie w akademii – osobom z domów profesorskich trudniej uczelnię rzucić, choć miałyby na to ochotę.

Mój resentyment skierował się na paradygmat “naukowości”, w efekcie czego zacząłem interesować się wszelkiego rodzaju alternatywnymi formami wiedzy i do dziś mam awersję do akademickiej pisaniny. Nie będę analizował swojej pozycji przez pryzmat Bourdieu (którego nie czytałem, bo na moje studia nigdy nie dotarł) ani próbował wpisać swojej historii w jakiekolwiek teoretyczne konteksty. Byłaby to praktyka na wskroś akademicka, od której – co mogę stwierdzić po tych pięciu latach – szczęśliwie się uwolniłem.

Odnalezienie własnego języka, nieskażonego akademickim żargonem, ale jednocześnie nienegującego akademickiego doświadczenia, było ogromnym wyzwaniem, z którym świadomie się mierzyłem przez kilka lat. Akademicka formuła pisemnego wyrażania myśli nie tylko dystansuje się od potocznego języka, ale też każe pozbyć się indywidualnego stylu wypowiedzi na rzecz obiektywizacji. Na poziomie języka o naukowości świadczy forma, którą często zamarkować można użyciem odpowiednio modnych słów i złożonych konstrukcji zdań oraz unikaniem pierwszej osoby liczby pojedynczej. Reżim naukowego stylu daje swego rodzaju bezpieczeństwo, ale też ogranicza kreatywność, pozwalając na operowanie wyłącznie w ściśle określonych ramach, co przekłada się z kolei na horyzonty myślowe (“granice mojego języka są granicami mojego świata”). Dziś wciąż żyję głównie z wszelakiego rodzaju pisania, ale pisanie praktykuję bardziej jako pracę choreograficzną niż intelektualną: wychodzącą z ciała, będącą wprawianiem w ruch długopisu czy palców na klawiaturze. Z punktu widzenia akademii można zrozumieć tę różnicę tylko w teorii.

Największym paradoksem mojego doświadczenia jest to, że wolność od akademii znowu dała mi akademia. Ogromną inspiracją do podważenia całego tego systemu była “naukowa” książka, którą zupełnym przypadkiem przeczytałem w ramach przygotowań do wspomnianych wyżej zajęć z archeologii mediów. Pozwala mi to myśleć, że samorozwiązanie byłoby największym sukcesem akademii, a wręcz jest jej najbardziej palącą powinnością.

Leave a Reply