Faszyzm nigdzie się nie wybiera

Xawery Stańczyk

Pamiętacie ten rysunek Janka Kozy, z napisem: „faszyzm nie przejdzie, bo nigdzie się nie wybiera”? Tak właśnie jest z przemarszem „Powstań! Przeciwko faszyzmowi”: choć deklarowaną intencją jest przeciwstawienie się faszyzmowi, to cała impreza odbywa się pod jego dyktando.

rozwarstwienie-maess_anand
Maess Anand, Rozwarstwienie, 42 x 28 cm, 2016, marker na papierze.

Banalna konstatacja antysemickiego i nacjonalistycznego charakteru „Antyfaszystowskiego 1 Sierpnia” ma swoją cenę. Cenę tę stanowi narażenie się na ataki ze strony polskiej lewicy, biorącej udział w tym wydarzeniu. Reakcje w postaci agresywnych, protekcjonalnych, szyderczych czy ignoranckich komentarzy, śmieszków i bluzgów są bardziej niż pewne. Część wyśmieje, część obrzuci błotem, część przemilczy. A ten czy tamten kolega ze starych lat wysmaży długiego maila, w którym opisze, jak bardzo jest zasmucony, rozczarowany i wkurwiony. Ktoś obrażony zerwie kontakt, ktoś przestanie odpowiadać.

Środowiska aktywistyczne, lewicowe i antyfaszystowskie mogą dać dużo poczucia sensu i sprawczości we wspólnym działaniu, ale potrafią też być bezlitosne, kiedy masz inne zdanie i odważysz się je publicznie wypowiedzieć. Bo nawet jeśli różnica poglądów jest dopuszczalna, to tylko we własnym gronie. Tylko w zamkniętej grupie. Na zewnątrz ma obowiązywać spójność. Jednomyślność. Dyscyplina, którą w tych kręgach nazywa się eufemistycznie solidarnością. I subordynacja, którą nazywa się eufemistycznie współpracą i pomocą wzajemną. Prywatne może i jest polityczne, ale o podziałach, konfliktach, stosunkach władzy i podporządkowania w grupach aktywistycznych lepiej głośno nie mówić, by nie zostać oskarżonym o rozbijactwo, jątrzenie, przeszkadzanie, krytykanctwo i brak konstruktywnego podejścia. W najlepszym razie usłyszeć można, że na takie dyskusje czas był wcześniej, a teraz należy zademonstrować jedność, bo jest nas zbyt mało, by pozwalać sobie na różnice zdań, gdy coś się dzieje. A ponieważ zawsze jest nas zbyt mało i zawsze coś się dzieje, moment, w którym można by wreszcie dopuścić dyskusję i usłyszeć inne głosy, nigdy nie następuje. Dzięki temu szantaż jest skuteczny.

Podkreślanie wagi kolektywu i wspólnego działania łatwo przeradza się w praktyki uciszania głosów krytycznych lub odrębnych. A potem się mówi: z nim trudno się dogadać, wypaliła się, nie chciał współpracować, większość demokratycznie zdecydowała inaczej. Frustrast, dziwak, wariatka, przewrażliwiona.

Takie będą reakcje na ten tekst, ich mechanizm i dynamika. Bo faszyzm nigdzie się nie wybiera.

Nie musi tego robić, ponieważ lewa strona od dawna tańczy do jego melodii. Odbywa się to co najmniej od 2014 roku, gdy w kulminacyjnym momencie demonstracji antyfaszystowskiej na kilka dni przed świętem niepodległości – i organizowanym przez faszystów ONR i Młodzieży Wszechpolskiej marszem przez centrum Warszawy – anarchiści złożyli kwiaty i zapalili znicze pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego. Ten gest unaocznił, że radykalna, antyfaszystowska lewica jest kompletnie niesamodzielna i daje się wodzić za nos głównemu nurtowi polityki historycznej. A jednak, wydarzenie to wywołało otwartą dyskusję, w której ujawniły się zdecydowane stanowiska krytyczne wobec wybielania i upamiętniania polskich organizacji podziemnych, niejednokrotnie obojętnych na eksterminację Żydów, a wręcz w niej współuczestniczących.

Choć od tamtego zdarzenia minęło zaledwie sześć lat, dziś analogiczną dyskusję trudno byłoby sobie wyobrazić. Powstańcza kotwica zagościła już na stale na antyfaszystowskich wlepkach, anarchiści co roku oddają hołd syndykalistom, a socjaliści – socjalistom w powstaniu warszawskim: odbywają wycieczki na ich groby, palą znicze, spacerują śladami ich walk ulicznych. „Polska Walcząca Przeciw Faszyzmowi” to jeden z popularnych deklaratywnie antyfaszystowskich fanpage’ów, które działania Armii Krajowej i innych grup narodowej partyzantki przeciwko nazistowskiej okupacji zestawiają ze współczesnym liberalno-lewicowym oporem wobec rozmaicie rozumianego – a zwykle zupełnie niezrozumianego – faszyzmu (por. Xawery Stańczyk, Patriotyczny antyfaszyzm i inne sprzeczności).

Celebracja narodowego powstania, od początku skazanego na klęskę i skutkującego śmiercią ok. 200 tysięcy cywili, stała się niemal punktem honoru lewicy. Wydaje się, że lewa strona odwołuje się do tego nacjonalistycznego mitu tak uparcie, ponieważ fantazjuje o upieczeniu dwóch pieczeni na jednym ogniu: zyskaniu własnej nacjonalistycznej legitymacji (niektórzy przyznają to wprost, określając swoją postawę „patriotyzmem”) oraz użyciu narodowych symboli przeciwko jawnym nacjonalistom. Prawdą historyczną nikt specjalnie się nie przejmuje. Po co zawracać sobie głowę jakimiś Żydami (co najmniej kilkudziesięcioma) zamordowanymi w powstaniu warszawskim – także z rąk samych powstańców, żołnierzy Armii Krajowej? Po co przypominać, że atmosfera nacjonalistycznego wzmożenia w pierwszych dniach sierpnia 1944 roku, a następnie katastrofalne warunki egzystencji ludności cywilnej w powstańczej Warszawie przekładały się wprost na akty nienawiści i przemocy wobec ukrywających się Żydów? Lepiej mówić o wspólnocie, solidarności i dialogu.

Organizatorzy przemarszu „Powstań! Przeciwko faszyzmowi” obrali taką właśnie strategię szukania dla siebie miejsca pod narodowym parasolem kosztem grup mniejszościowych. „Przemarsz podczas którego będziemy wspominać ofiary powstania oraz jego socjalistycznych bohaterów, obędzie się ulicami dawnego getta warszawskiego” – napisali (wszystkie cytaty z opisu wydarzenia), a więc jasne jest, że chodzi tu o kult bohaterów powstania warszawskiego, a nie o krytykę rozpętania przez nich beznadziejnej walki w środku miasta, ani o uczczenie pamięci tych, którzy zginęli z powodu lekkomyślności, obłudy, nacjonalizmu i antysemityzmu polskich przywódców i uczestników powstania z 1944 roku. Zamiast refleksji, że za ułańską fantazję mundurowych zapłacili przede wszystkim pozbawieni decyzyjności cywile, twórcy przemarszu proponują pomieszanie dwóch powstań – dwóch wydarzeń o zupełnie innych uwarunkowaniach, stawkach, przebiegu i znaczeniu historycznym. Przywołanie powstania w getcie niejako przy okazji obchodów wybuchu powstania warszawskiego wpisuje się w oficjalną polską politykę historyczną podporządkowywania historii Żydów normom polskiej megalomanii narodowej. „Przemarsz zakończy się przy pomniku Powstania Warszawskiego, który upamiętnia wszystkich bohaterów powstania”. A co z jego ofiarami?

Wizja historii organizatorów powstania nie różni się niczym istotnym od polityki historycznej uprawianej zgodnie przez Instytut Pamięci Narodowej, Muzeum Powstania Warszawskiego, Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego i tym podobne instytucje, powoływane i finansowane zgodnie przez prawicę narodowo-katolicką i prawicę konserwatywno-liberalną, z okazjonalnym udziałem socjaldemokratów. W lewicowym wariancie tej narracji w centrum ustawia się raczej socjalistów (ale nie komunistów, bo ci odrzucali patriotyzm jako wartość), wypada też wspomnieć coś o „ofiarach warszawskiego getta” (czyżby to getto samo je unicestwiło?), czy uczcić Anielewicza (ale nie zająknąć się o żydowskich ofiarach Polaków). Narodowy inwariant pozostaje nienaruszony.

W gronie organizatorów przemarszu 1 sierpnia znalazły się partia Razem, młodzieżówki Razem, Wiosny i Polskiej Partii Socjalistycznej, Federacja Młodych Socjaldemokratów, Studencki Komitet Antyfaszystowski, Warszawski Autonomiczny Licealny Komitet Antyfaszystowski, Pracownicza Demokracja, Akcja Socjalistyczna związek zawodowy Związkowa Alternatywa, a także stowarzyszenie Historia Czerwona oraz portal Strajk.eu – śmietanka stołecznej lewicy. Czy wśród tylu grup i organizacji nie znalazł się nikt odrobinę przytomny, komu jeszcze „patriotyzm” nie zaczadził umysłu? Czy też osoby takie zostały zadziobane w imię jedności kolektywu? Trudno powiedzieć, choć widać czarno na białym, że wydarzenie to jest żałosnym wyścigiem z faszystami na reprodukowanie szkodliwych klisz historycznych.

Obchodzenie rocznicy wybuchu powstania warszawskiego na obszarze dawnego getta – upamiętnianie tego samego dnia (1 sierpnia) „bohaterów” powstania z 1944 roku i Żydów wymordowanych przez Niemców (przecież nie przez Polaków) – stanowi wyraz pogardy wobec żydowskich ofiar. Powstanie w getcie zostaje sprowadzone do roli podrzędnej wobec powstania polskiego, a śmierć żydowska ulega instrumentalizacji.

Trasa przemarszu rozpocząć się ma „przy pomniku Umschlagplatz, miejscu z którego wywożono ludzi z getta wprost do obozu zagłady w Treblince”, by następnie przebiegać „przy bunkrze Anielewicza gdzie życie straciło 120 powstańców powiązanych z Żydowską Organizacją Bojową, w tym sam Mordechaj Anielewicz, oraz przy pomniku Bohaterów Getta upamiętniającego wszystkie ofiary warszawskiego getta”. Można z tego wywnioskować, że zdaniem organizatorów Żydzi zginęli z rąk nazistów, jedni wywiezieni do Treblinki, drudzy, nieliczni, w walce u boku Polaków – tak czy owak, to nie o nich jest ta opowieść (zresztą niezgodna z prawdą, ponieważ Żydzi walczyli i ginęli przede wszystkim samotnie). Jest to polska opowieść o polskich bohaterach i polskiej wspaniałomyślności wobec Żydów, która kiedyś polegała na ich ratowaniu, a dziś – na przypominaniu o ich tragicznym losie.

Czy pod względem ideologicznym przemarsz polskiej lewicy 1 sierpnia różni się czymkolwiek od złożenia wieńca w Auschwitz przez Krzysztofa Bosaka, który pojechał tam 14 lipca tylko po to, by powiedzieć, że Polacy byli pierwszymi i najważniejszymi ofiarami niemieckiej okupacji? Bosak to realne, które wyłania się zza opowieści o polskiej walce przeciwko faszyzmowi i poświęceniu dla ratowania Żydów. Próba podpięcia powstania w getcie pod mit powstania warszawskiego tylko wzmacnia ten mit. Karmi polski nacjonalizm i daje mu wygodne alibi. Faszyzm trzyma się mocno.

 

Leave a Reply