To nie jest tekst o moim ojcu

I regretted the fact that I had allowed the violence of the social world to triumph over me, as it had triumphed over him. (Didier Eribon, Returning to Reims)

Daddy made a soldier out of me. (Beyoncé, Daddy Lessons)

Well, it’s Father’s Day and everybody’s wounded (Leonard Cohen, First We Take Manhattan)

Zuzanna Kam

Ojciec opowiedział mi swój sen. Sen o czterech mężczyznach w długich płaszczach, którzy schodzą do podziemia. To nie jest podziemie w ogóle, lecz bardzo konkretne podziemie, piwnica właściwie, w budynku przy Alei Szucha w Warszawie naprzeciwko siedziby Gestapo. Jest ciemno, a oni idą w ciemnych płaszczach.

Po latach znalazłam ich zdjęcie. Królowie wojny, panowie życia, piękni mężczyźni. Dowódcy żydowskich partyzantów z Polski, Zachodniej Białorusi i Ukrainy, potem żołnierze Armii Czerwonej. Ojciec wyśnił czterech, na zdjęciu jest ich sześciu.

zdjecie1

Ojciec śnił ten sen przez całe życie. Ja go od niego przejęłam i śnię dalej. Niby chcę się z niego obudzić, ale rzeczywistość poza nim nie jest zbyt kusząca, więc wracam tam. Jestem bumerangiem, który w ruch wprawiła historia. Nie potrafię się zatrzymać albo nie chcę się zatrzymać. To pisanie jest próbą odpowiedzi, czy bardziej nie chcę czy bardziej nie potrafię. To pisanie nie jest o moim ojcu.

Ale kiedyś napiszę o nim książkę. To nie będzie książka, która by mu się spodobała. Będzie w niej o tym, że był skurwielem, jebaką, przemocowym dupkiem. I że miał świetne momenty. Że był chłopcem z Pcimia, któremu w czasie wojny farbowano włosy rumiankiem i zabroniono sikać przy innych. Że był guru kobiet poszukujących ojca i mężczyzn nienawidzących kobiet. Że sam był takim mężczyzną. Że był kimś, kto wiedział o świecie i ludziach rzeczy najgorsze. I kto w tych samych ludziach szukał ratunku, ukojenia, ekstatycznej bliskości.

Jeśli więc jestem miła, uprzejma, łagodna, sympatyczna, jeśli mówię spokojnym tonem, to i tak w środku, na dnie mam jego wściekłość i jego przerażenie. To jest mój trzon, moja konstrukcja. Mój lew jest z niego i mój baranek też. Baranka trzymamy w bunkrze, żeby nic mu się nie stało. Tym bunkrze, który ojciec zbudował pod swoim domem.

Widziałam Michaela Jordana, jak płakał, bo nie było przy nim ojca, gdy wygrywał mistrzostwa NBA w 1996 roku. Miał wtedy 33 lata. Kiedy ja miałam 33 lata, nie miałam już żadnego kontaktu z moim ojcem, bo strach przed agresją z jego strony paraliżował mnie nie tylko przed nim. Paraliżował moje życie. Mój ojciec zmarł kilka lat temu. Przez ostatnie osiem lat przed jego śmiercią nie miałam z nim żadnego kontaktu poza kilkunastoma pełnymi inwektyw sms-ami z jego strony, na które nigdy nie odpisałam. Mimo to moja myśl z uporem do niego wraca. Pomiędzy jednym a drugim akapitem wyszłam z biblioteki napić się herbaty z termosu. Termos trzymam tu zamknięty w jednej z szafeczek przygotowanych dla czytelniczek. Najpierw zamknęłam termos w szafeczce numer 12, za drugim razem – w szafeczce numer 10. „Cofam się, dziecinnieję” – przelatuje mi przez głowę. Mam to od ojca. Wychowałam się w tym. Oddychałam tym. Słyszałam tysiące takich historyjek, anegdot, pouczeń. Maxi wykładów o mini sprawach. To zwracanie uwagi na numery, cyfry, znaki, kolory, przypadkowo zasłyszane słowa. Obsesyjne przywiązywanie wagi do szczegółów i nadawanie im znaczeń. Poszukiwanie przyczyn wszelkich spraw, małych i dużych, w najdurniejszych miejscach. Obwinianie innych i obwinianie siebie za sprawy kompletnie nieistotne – jakby one tylko czekały, by zdecydować o życiu i śmierci. Takie sprawy jak na przykład wybór szafeczki na termos. Mam setki takich śmieci w głowie. Gdyby istniał skup myślo-złomu, byłabym bogata.

Mój ojciec założył sektę. Prowadził ją przez ponad 20 lat. Sekta – nigdy w życiu nie użył tego słowa. Ani on, ani nikt w jego pobliżu. To słowo było zakazane, ponieważ tym słowem próbowano go całkowicie niesłusznie zdyskredytować, tym słowem atakowali go maluczcy, gdy wyczuwali w nim wielki potencjał, tym słowem wrogowie nazywali jego Szkołę, Duchową Przystań, Zgromadzenie Uczniów, Aśram, Dom Jogi, Yoga-Dom, Arkę i Inne Bardzo Wzniosłe Instytucje. Wszystkie pisane wielką literą, bo mój ojciec przemawiał wyłącznie wielkimi literami, a pisał jeszcze większymi. Kiedy się ze mną pokłócił, zamiast powiedzieć, że jestem głupia, napisał mi sms-a: „Nie jesteś Człowiekiem, jesteś Demonem”. Na drugie było mu patos.

Po wybuchu wolnej Polski kościół katolicki dostał zielone światło, by ukręcać łeb wszystkiemu, co miało charakter duchowy, religijny, metafizyczny, a nie pochodziło od kościoła katolickiego. I tu muszę przyznać rację mojemu ojcu: poprzez rozpętanie histerii pod hasłem „sekty” – sekty zabiorą ci dziecko, sekty zrobią wodę z mózgu twojej żonie, sekty każą ludziom zabijać – kościół monopolizował rynek duchowy. Bo w Polsce tylko kościołowi katolickiemu wolno legalnie indoktrynować dzieci i młodzież oraz wmawiać ludziom rzeczy absurdalne zaszczepiając w nich poczucie winy i lęku, jeśli w te rzeczy nie zdołają uwierzyć. Toteż zdjęcie domu mojego ojca z podpisem „groźna sekta”, które kiedyś zobaczyłam w Wiadomościach TVP o 19.30, uważam do dziś za grubą przesadę. W porównaniu z gigantycznymi domami kościoła katolickiego, których są w Polsce tysiące i do których co tydzień siłą przyzwyczajenia lub straszeniem zagania się ludzi, dom mojego ojca to była naprawdę drobnostka.

Dom ten zbudowali mojemu ojcu jego uczniowie i uczennice. Z perspektywy czasu trudno mi stwierdzić, czym zajmowała się jego sekta poza czczeniem swojego przywódcy, pracowaniem dla niego i łożeniem na jego rzecz niemałej kasy. Oficjalnie to była astrologia, joga, I Ching, kuchnia pięciu przemian, a do tego okazjonalnie jakieś tai chi, survival, lekcje sanskrytu. Joga taka, śmaka i owaka: hatha joga, kundalini joga, tantra joga, joga lecznicza. Tu jakiś kursik ziołolecznictwa, tam czyszczenie jelit, innym razem coś o kamieniach szlachetnych. Tu Sathya Sai Baba, tam Budda, obok Jezus i Ramana Maharishi – wszystkich mężczyzn, którzy doczekali się poważania jako duchowi przywódcy mój ojciec nazywał swoimi braćmi i obwieszał dom ich podobiznami. Podobizn kobiet tam nie było. A nie, przepraszam, była jedna: Goldy Meir. Jej zdjęcie wisiało w kąciku, do którego nikt nie zaglądał.

Natomiast w przedsionku, czyli w miejscu, w którym musiał to zauważyć nawet ktoś, kto tylko zapukał do drzwi, zapytać o drogę, wisiało zdjęcie Karola Wojtyły i Stefana Wyszyńskiego. Katolickiego papieża z katolickim kardynałem. Lepiej: polskiego papieża z polskim kardynałem. Kiedy jeszcze bywałam u ojca w domu, myślałam, że to dlatego, że Wojtyłę i Wyszyńskiego ojciec również uznał za swoich braci. Dziś myślę, że powód był inny: mój ojciec powiesił to zdjęcie zamiast mezuzy. Dziś w funkcji takich talizmanów właściciele knajp z arabskim jedzeniem wieszają w swoich lokalach znaki Polski Walczącej, a nie-biali chłopcy chodzą w koszulkach z logo Narodowych Sił Zbrojnych. Ma to ich ochronić przed pobiciem przez patriotów. Nie chroni. Ojca ten talizman też miał uchronić przed polsko-katolicką przemocą. Żeby uprzedzić plotki. W odpowiedzi na fakt, że ojciec nie chodził do kościoła, w góry przeprowadził się z miasta i był, jak to w Polsce mawiają, „ciemny”.[1] W odpowiedzi na żydowskość.

Musiała go ona tam dopaść. Poniekąd po to właśnie tam wybrał sobie miejsce na dom: w Bieszczadach. W Bieszczadach ukrywał się w czasie wojny. Ukrywał się skutecznie – dzięki wysiłkom swojej matki, a potem parasolowi Armii Ludowej. W Bieszczadach doczekał się wyzwolenia. W Bieszczady wrócił po czterdziestce. Jak ćma do ognia. Mój ojciec bał się całe życie. I całe życie walczył z całym światem, walcząc w istocie z własnym lękiem. W przypadku Polaków-katolików ten lęk był uzasadniony.

Dom mojego ojca to był jeden wielki ołtarzyk. W każdym, dosłownie każdym pokoju były co najmniej dwa, a pokoi miał mnóstwo. Jego mieszkanie w mieście liczyło ich cztery plus kuchnia i przedpokój (w których też były ołtarzyki), jego dom w górach – dwa plus kuchnia i strych (w których też były ołtarzyki). Na ołtarzykach roiło się od zdjęć, obrazków, przedmiotów. Mistrz stoi, mistrz leży na boku, portret mistrza, mistrz siedzi w lotosie – to przede wszystkim. Mandale, monety do I Chingu, wyjątkowo ważne horoskopy wyjątkowo ważnych ludzi. Świece i świeczniki, w każdych rozmiarach i w każdej liczbie. Amulety, które na ołtarzykach przechodziły okres kwarantanny nabierając mocy ochronnych (amulety ojca wyłącznie chroniły, bo co innego można robić ze światem poza chronieniem się przed nim), nim zawisły na szyjach dogłębnie tym wzruszonych adeptek. Kamienie i kamyczki, muszle i muszelki, wazoniki, dzbanki, puzderka które-wyglądały-jakby-były-z-Indii. Kiedyś wydałam wszystkie swoje oszczędności na czajniczek z tzw. India-shopu, bo bardzo chciałam, by coś ode mnie znalazło się w centralnym miejscu jego domu. Albo inaczej: bardzo chciałam być w centrum życia mojego ojca. Tymczasem w jego rozlicznych centrach znajdywały się rozliczne ołtarzyki. Niestety czajniczek nie okazał się godzien jednego z nich i wylądował wśród setek podobnych gadżetów, jakie ojciec dostawał na urodziny: wepchnięty na dno szafy.

Na głównych ołtarzach w głównych pokojach jego obu domów, które en masse przypominały ludowe świątynie, był cały zestaw do agnihotry. Agnihotra polegała na paleniu kawałeczków wysuszonych krowich odchodów polanych przetopionym masłem i posypanych brązowym ryżem. „Palą gówno krowy” – jak uwielbiała podsumowywać z ledwo ukrywanym pogardliwym uśmieszkiem moja wściekła na ojca matka, jego była żona wyładowująca frustrację w szyderstwach pod adresem wszystkich jego świętości. Wysuszone i palone, krowie gówno pięknie pachnie. Wiem, bo do 13. roku życia uczestniczyłam w tym rytuale kiedy tylko mogłam. Uwielbiałam to (z wyjątkiem drętwienia nóg od siedzenia w pół-lotosie, a za zmianę pozycji ojciec piorunował mnie wzrokiem, bo zakłócałam ciszę, „wiercąc się”). Podczas agnihotry śpiewaliśmy mantry i recytowaliśmy przydługi poemat napisany przez ojca na wzór modlitwy, tyle że w tym poemacie wychwalany był on, jego żona i jego gospodarstwo. Gospodarstwo nazwane w tym grafomaństwie „Arką”.

Pomysł z Arką okazał się żyłą złota. To było około 1990 roku. Ojciec własnym sumptem wydał mikro-książeczkę pod tytułem Arka Przetrwania, a następnie rozdał ją swoim uczniom i uczennicom w atmosferze: jeśli dostałaś/eś tę broszurę to znaczy, że została/eś wybrana/y (żeńskich końcówek używam ja, ojciec nigdy by ich nie użył, dla niego człowiek to mężczyzna i byłby gotów bronić tej tezy argumentami od biologicznych po kosmiczne, przerabiałam to z nim kilkakrotnie, wytrzymując do jakichś 130 decybeli). Z broszury dowiedzieć się było można, że za sprawą astrologii ojciec i kilku innych Wielkich Mędrców przewidziało nadciągającą katastrofę. Tyle że w odróżnieniu od innych wielkich mędrców w opowieściach ojca katastrofa ta dziwnie przypominała trzecią wojnę światową, jej główny akord dziwnie przypominał zagładę Żydów, a jej przetrwanie mogło nastąpić wyłącznie w Bieszczadach. Przetrwają otóż jedynie ci, którzy: 1. na czas zorientują się, że nadciąga Armagedon, 2. włożą odpowiedni trud i wysiłek w zbudowanie nowej Arki, a tym samym zapewnią sobie miejsce na jej pokładzie. Nie muszę chyba dodawać, że Arką miał się okazać odpowiednio rozbudowany i unowocześniony dom ojca w Bieszczadach.

No i udało się: w ciągu kilku lat jego uczniowie i uczennice własnymi datkami, własnymi rękami i wnosząc kilkaset metrów ponad poziom morza każdą cegłę na własnych plecach, postawili wypasioną willę na miejscu rozpadającej się, wiejskiej chaty. Byłam tam, widziałam to na własne oczy. Podział ról obowiązywał tradycyjny: mężczyźni pracowali na budowie, kobiety obsługiwały ich, gotując, sprzątając, aprowizując i przenosząc miejsca do gotowania oraz miejsca do spania z kąta w kąt, adekwatnie do planów budowy. Kobiety stanowiły stanowczą większość ojca podopiecznych, toteż kobiety zostawiły w jego szkole najwięcej pracy: fizycznej, emocjonalnej, opiekuńczej, seksualnej. Ten biznes kręcił się dzięki ich wieloletniej, nieustannej i pełnej oddania obsłudze. I to kobiety poniekąd puściły ten biznes w dymem.

Franek

Zapałkę zapalił niejaki Franek. Franek puścił farbę, bo się zakochał. Zakochał się w jednej z uczennic ojca, a ta powiedziała mu, że z mistrzem sypia. Zastanawiam się, jak ona mu to powiedziała: w formie anegdoty czy śmiertelnie poważnie? Może w ogóle zastrzegła, że musi się mistrza spytać o zgodę, czy wolno jej uprawiać seks z kimś innym? Mistrz o zgodę nikogo pytać nie musiał. Sam sobie udzielał zgody, by sypiać z co drugą swoją podopieczną. Im on był starszy, tym różnica wieku między nim a nimi była większa, toteż pod koniec działania sekty niektóre z jego kochanek były młodsze niż ja, co różnicę tę czyniło większą niż 40 lat. Ale wróćmy do Franka. Franek przetarł oczy ze zdumienia i poszorował do mistrza oraz jego małżonki, by otwarcie zapytać. Urządził konfrontację, podczas której jelenie starły się rogami, a postrzelono sarenkę. Sarenką była oficjalna partnerka mistrza, oficjalnie jedyna, królowa matka, wielbiona mistrzyni, a przynajmniej najbardziej prawa ręka wielbionego. Wówczas od prawie 20 lat z moim ojcem, w związku, który opierał się na zasadzie: don’t ask, don’t tell, udaję-sama-przed-sobą-że-nie-wiem.

Nikt mi tego nie opowiedział. Byłam za młoda. Ale zdaje się, że musiała się tam odbyć totalna rozróba. Wyobrażam to sobie jak pisk, od którego pękają kieliszki. Albo jak kinową scenę w zwolnionym tempie, w której rozlewa się mleko, a potem kapie na nie sok z wiśni. W tej scenie nie słyszę, co krzyczą, widzę natomiast, że krzyczą, że ktoś ściąga obrus, że falują włosy, podnoszą się zmarszczki na czole, trzaskają drzwi. Potem nic już nigdy nie było takie samo.

Przede wszystkim nie były już takie same moje wakacje. Franek przepadł, a ja go uwielbiałam. Do dziś mi się śni. Do dziś poszłabym za nim wszędzie. Nie jestem z tego dumna, przeciwnie. Wstydzę się tego. Od zawsze się tego wstydziłam. On miał 26 lat, ja 12. I tak już zostało. Ilekroć go spotykam, a spotykam raz na kilka lat przypadkiem na ulicy, tracę całą swoją dorosłość. Rumienię się, dukam coś, udaję pewność siebie, którą akurat wtedy gubię. Udaję fatalnie. Nieśmiałość mnie przytapia i wrzuca w nastoletniość. Po tych spotkaniach czuję się fatalnie. Jakbym na chwilę została kimś, kogo bardzo nie lubię. Kimś nieforemnym, brzydkim, nieadekwatnym. Kimś, kto swoją niezgrabnością uwypukla tylko jego doskonałość. Franek stał się moim prywatnym archetypem męskości. Tej męskości, która budzi we mnie totalną ambiwalencję: egocentryczny do bólu i pochłaniający całą uwagę, dupek stulecia, zachwycony sam sobą i zachwycający. Irytujący, drażniący, ale nie do zignorowania. Walczyć z nim, pokonać własną fascynację, zwyciężyć go obojętnością. Albo wręcz przeciwnie: poddać się czemuś, co całkowicie zasysa i co jednocześnie wydaje się całkowicie żałosne. Być z kimś takim to jak zgodzić się na funkcję kwiatka do kożucha. Być kimś takim to jak wygrać w totolotka. Być męskim mężczyzną pełnym męskości w świecie męskiej dominacji.

zdjecie2kadr z serialu The Affair

Zakochałam się we Franku, kiedy nie wiedziałam jeszcze, że to, co czuję, to zakochanie. Nie znosiłam tego uczucia. Z hardej dziewczynki zmieniało mnie ono w onieśmieloną nastolatkę, moją energię – w dziwaczną ociężałość, mój brak zainteresowania własnym wyglądem – w nieustannie towarzyszące mi poczucie bycia odrażającą. To wtedy nabrałam przekonania, że jest mnie za dużo: że się wylewam, rozlewam, wyłażę z kształtów, śmierdzę zamiast pachnieć, mam za duże stopy, stawiam za duże kroki, mówię za głośno, poruszam się jak słoń w składzie porcelany. Nie opuściło mnie ono już nigdy. Chciałam zniknąć i z tego zniknięcia oglądać Franka. Chciałam być przezroczysta i dzięki temu móc cały czas przebywać w jego pobliżu. Tymczasem moja nastoletniość sprawiała, że czułam się, jakbym stała na środku sceny w za małych ciuchach, z jarzeniowym reflektorem walącym po oczach. Do dziś uważam, że dla dziewczynek nastoletniość do koszmar.

Nie wiem, czy Franek się zorientował. Pewnie tak. Ja bym się zorientowała. Ponieważ początkowo nie rozpoznałam tego, co czuję, zareagowałam repulsją. Mdliło mnie na jego widok i zapach, nie chciałam przebywać z nim w jednym pokoju, urządziłam nawet całkowicie szczerą scenę rozpaczy na wieść, że przez kilka dni ja i mój brat zostaniemy z Frankiem sami. Następnie, cała naburmuszona, zachowywałam się wobec niego okropnie. Byłam na niego wściekła i nie zadawałam sobie pytania: „dlaczego?”. Wtedy na pewno nie umiałabym na nie odpowiedzieć. Byłam na niego wściekła, bo odebrał mi podmiotowość. Bo w centrum mojego życia zamiast mojego ojca był teraz on, a ja tańczyłam wokół niego jakiś obłąkańczy taniec. Początkowo rozpaczliwie próbowałam go stamtąd wygonić. Franek jednak przegonić się nie dał.

Był piękny. Olśniewający. Miał niski głos, wydatny nos, zapach, od którego miękną kolana. Figurę raczej atlety. Szeroką klatę, umięśnione nogi, krótkie ciemne blond włosy. Golił się. Był wysoki, postawny i symetryczny, ale bez przesady. W jego twarzy było też coś krzywego, nie wiem co, chyba coś z zębami, ale dodawało mu to uroku przystojnego brzydala. Dorodne, rozłożyste, liściaste drzewo na pustkowiu. Młody łoś z wysokim porożem. Nierobaczywe, czerwone jabłko. Latarnia morska z regularnym migaczem.

Chyba jednak zauważył, bo grał ze mną w jakąś grę. Chciałam napisać, że okrutną, ale to nieprawda. Ta gra polegała na dawaniu mi do zrozumienia, że łączy nas coś specjalnego. Na zaprzyjaźnieniu się ze mną. Na niespodziewanych gestach jego opiekuńczości. Kiedyś przyjechał do domu, w którym mieszkałam z matką, przy czym wiedział, jak bardzo mieszkania tam nienawidzę, i jak bardzo chcę mieszkać z ojcem (wtedy byłam wierną adeptką sekty). Z łyżeczki do herbaty i nici skonstruował narzędzie, za pomocą którego zmierzył, ile metrów wysokości dzieli mnie od chodnika, i obiecał, że jakby co, wykradnie mnie matce przez okno. Franek całkowicie mnie obłaskawił. Do tego stopnia, że kiedy przez calusieńki dzień pisał złotym flamastrem na złotym papierze znaki sanskrytu, co miało następnie być wbudowane w fundamenty nowego domu ojca jako kolejny chroniący talizman, ja siedziałam obok i patrzyłam mu na ręce. Spędziliśmy tak w milczeniu wiele godzin, od czasu do czasu uśmiechając się do siebie. Być może powinnam powiedzieć, że wtedy pierwszy raz straciłam dziewictwo.

„Tato, straciłam dziewictwo z Frankiem”. To chciałabym mu powiedzieć, bo nigdy nie zapomnę, jak ojciec darł się, że „gdyby on tylko tknął moją córkę”. Miał oczywiście na myśli pedofilię. Ale czy ja byłam wtedy dzieckiem? Byłam i nie byłam. Moje fantazje nie były dziecinne. W każdym razie nie były niewinne. Ale dzieci przecież nie są niewinne. W któreś wakacje był tak straszny upał, że nie dało się wytrzymać na strychu. Franek zaproponował, żebyśmy spali na dworze. Wyniósł dwa materace na łąkę. Nie zmrużyłam tamtej nocy oka, byłam rozbudzona, podniecona i sfrustrowana, że do niczego przecież nie dojdzie. Trudno mi uwierzyć, że on nie widział, co się ze mną dzieje. Czy czerpał z tego satysfakcję? Czy bawił się moją nastoletniością? Czy robiło mu dobrze, że wywoływał we mnie tak silne reakcje? Nie mam pojęcia. Czasem oprócz fantazji, że kiedy znowu go spotkam, to zachowam się jak dorosły człowiek, mam też fantazję, że go zapytam. Fantazja to w ogóle słowo-klucz, jeśli chodzi o moją relację z Frankiem.

Kiedy Franek wywalił wszystko do góry nogami, wskazując palcem na słonia w pokoju i mówiąc: „w pokoju jest słoń”, na dobrych kilka lat pozostały mi już tylko fantazje. Ojciec z hukiem wyrzucił go ze szkoły, a potem przez długie miesiące rzucał pod jego adresem kąśliwe, ohydne uwagi. Wiele z nich miało podtekst seksualny. Dziś myślę, że mój ojciec przeżył akcję Franka i jej następstwa jak trzęsienie genderu. Został zmuszony do konfrontacji z  młodszym mężczyzną, dobrze osadzonym w normatywnych kryteriach męskości. Podważono jego prawo do kobiet. Ale nie tak, jak bym sobie życzyła. Nie sądzę, by Franek powiedział mu: to nie jest fair wykorzystywać pozycję władzy do zdobywania seksualnych profitów. To była raczej akcja z gatunku: skoro ty możesz, to ja też.

Franek zniknął, ja cierpiałam. Cierpiałam podwójnie: bo zniknął i bo nie mogłam nikomu powiedzieć, jak strasznie za nim tęsknię. To była poniekąd powtórka z domu matki: jako dziecko umierałam z tęsknoty za ojcem i musiałam udawać, że wcale tak nie jest, bo moja tęsknota doprowadzała matkę do szału. Ukrywanie uczuć potęguje uczucia. Uczucia do kogoś obłożonego klątwą były jak ściąganie na siebie klątwy. No i ściągnęłam. Miałam robaki.

Robaki

W sekcie panowała obsesja czystości. Dziś myślę, że była ona nieuświadomioną, auto-nienawistną reakcją mojego ojca na antysemickie stereotypy brudnego Żyda (Żyd śmierdzi czosnkiem, Żyd roznosi zarazki, bo nie przestrzega zasad higieny, domy żydowskie to zapyziałe nory) i żydowskości jako skazy (na niepokalanej polskości). Ojciec mył się dwa razy dziennie: o świcie i w ciągu dnia. Jemu przysługiwała woda podgrzana, uczennice i uczniowie musieli myć się w lodowatym strumieniu (albo w plastikowych miskach z wodą przyniesioną z lodowatego strumienia). Wszyscy chodzili ubrani na biało. Perfumy były źle widziane: należało pachnieć wyłącznie czystością. Nagość była widziana dobrze, bo nagość symbolizowała, że nie ma się nic do ukrycia. Nic nieczystego. Ja miałam. Miałam robaki.

Zobaczyłam je w kupie i wpadłam w panikę. Od tamtej pory przez wiele lat nie byłam w stanie spojrzeć na własną kupę. Robaki w kupie stały się moją sceną pierwotną. Do dziś pamiętam szok, jaki wzbudził we mnie tamten widok. Gorzej: do dziś pamiętam ten widok. Duża, brązowa kupa w wiadrze ustawionym w wychodku, wokół niej papiery po kupie poprzednich wizytatorów i wykwitające z kupy, wijące się, cienkie, białe robaki. Opisuję to tak dokładnie nie po to, by epatować obrzydlistwem, lecz by samej sobie powtórzyć, że w istocie nie było to nic strasznego. Ot, zupełnie zwyczajna rzecz. Kupa jak kupa, a robaki się leczy.

Nie to, żebym wówczas zobaczyła robaki w kupie pierwszy raz. W warszawskim domu, domu „regularnym” – z matką, własnym pokojem i podręcznikami szkolnymi – był też pies, więc od czasu do czasu były robaki. Dokładnie owsiki. Dość krótkie, cienkie, wijące się pasożyty, zabijane kilkoma pigułkami w kolorze żółtym i o ohydnym smaku (trzeba je było rozgryźć, nie wolno było rozkruszyć na łyżeczce, co do dziś uważam za okrutną zabawę producentów kosztem konsumentów). Matce można było powiedzieć. Ale nie ojcu. Nie w domu ojca. W domu ojca robaki oznaczałyby nieczystość wewnętrzną. Byłyby znakiem, że coś ze mną nie tak. Symptomem mojej ogólnej degrengolady. Przebywania w „tamasie”. Byłyby ohydą zewnętrzną, zwiastującą ohydę wewnętrzną.

W domu ojca nie można było liczyć na żadną prywatność.  Powiedzieć ojcu, że mam robaki, to było jak powiedzieć wszystkim. Tym kilkudziesięciu osobom, które ciągle kręciły się wokół niego, pomieszkiwały z nim, codziennie świadczyły mu różne usługi – od gotowania i sprzątania, przez porządkowanie papierów, po masaż. Bo ojciec przecież sam by się tym nie zajął. Nie pojechałby ze mną do lekarza, tylko powierzył w ręce swoich uczennic, które akurat nie były mu potrzebne. Gorzej: po porannej agnihotrze ogłosiłby to publicznie i ostrzegł innych, by zajrzeli w swoje kupy, patrz: zajrzeli w swoje dusze, czy aby nie toczy je robak nieczystości. Powiedziałby: „Moja córka ma pasożyty”. Zrobiłby z tego sprawę. Grzmiałby na ten temat przez dobre 10 minut, dowodząc, że to znak od Najwyższego. Znak, że coś niedobrego dzieje się w jego domu (przy czym „jego” oznacza tu i Najwyższego, i mojego ojca, ponieważ chodziło o to, by te dwie postaci zlały się słuchającym w jedną).

Nie mogłam powiedzieć nikomu. Wiedziałam, że robaki nie lubią marchewki i czosnku, zaczęłam więc na potęgę jeść jedno i drugie. W tajemnicy przed wszystkimi poszłam do apteki z nadzieją na magiczną pigułkę. Okazało się, że leki przeciwko pasożytom są wyłącznie na receptę. Wyszłam załamana. Ukrywanie robaków zlało mi się w głowie z ukrywaniem Franka. To znaczy tego, ile Franek dla mnie znaczył. Jedna nieczystość zlała się z drugą. Miłość była robakiem, który mnie toczył. Toczyło mnie poczucie obrzydzenia do samej siebie. Ale bite dwa miesiące nikomu nie powiedziałam. Cały lipiec i sierpień. Strach przed ojcem i przed staniem się publicznym paskudztwem był silniejszy.

Strach

Boję się – to najczęstsza odpowiedź na pytanie, jak się czuję. Odkąd pamiętam, świat wydaje mi się nazbyt monumentalny, by nie mieć od niego zawrotu głowy. Owady bywają ssąco-gryzące, świat jest zachwycająco-przerażający. Bałam się zjeżdżać na nartach. Tymczasem u ojca wszyscy zjeżdżali na nartach. Zimą był śnieg, na strychu były narty, dwa plus dwa równa się cztery, nie można było powiedzieć: nie. Nie chcę. Nie lubię. Nie mam ochoty. Pomysły ojca trzeba było przyjmować z entuzjazmem i bez żadnego „ale”, bo inaczej… Bo inaczej co?

Darcie mordy. Huk wodospadu. Grzmoty, pioruny, pękanie ścian. Wyzwiska, groźby, słowa o charakterze definitywnym, tryb dokonany. Raczej grzmienie niż wrzask. Moje staranie się, żeby nie płakać, mój płacz, który wyrywał się ze mnie jak czkawka, moja czkawka od płakania, której czasem nie mogłam zażegnać wiele godzin po awanturze. Trudno to jednak nazwać awanturą. Nigdy, ale to nigdy nie byłam w stanie zareagować. Wmurowywało mnie w ziemię. Przestawałam oddychać. Widziałam, jak wjeżdża na mnie walec, by za chwilę pochłonąć mnie całą, a mimo tego nie mogłam uciekać. Zając, który zamiera w świetle reflektora, udając martwego. Ja nie udawałam martwej. Ja umierałam od jego krzyku.

Narty były czerwone, krótkie i szerokie. Zjeżdżało się na nich bez kijków, na pałę. Po drodze nabierało się szalonej prędkości, a stoki pod domem ojca były długie. Jedynym sposobem wyhamowania, jaki opanowałam, było przewrócić się na bok. Bałam się za każdym razem. I każdej zimy udawałam, że lubię jeździć na tych nartach.

Jakieś 200 metrów od domu ojca była wioska. Odcięta od świata. Dojazd do niej był tylko konny. Droga piechotą do najbliższego sklepu zajmowała godzinę w dół i dwa razy tyle w drugą stronę. Szkoła była jeszcze dalej niż sklep. Dzieci kończyły tam edukację na podstawówce. Pracy natomiast nie kończyły nigdy. Lokalsi byli zazwyczaj ludźmi ekstremalnie biednymi, ciężko spracowanymi i dużo pijącymi. Katowali swoje konie, którymi zwozili drewno z lasu. Z ładunkiem te konie miały zawsze pod górę. Poganiane i bite, umierały na stokach. Umierały tam też inne zwierzęta: psy, przywiązane na krótkich łańcuchach do bud, koty, rodzące co roku małe, kury i świnie, hodowane po to, by je zabijać i zjadać. Tylko krowy trzymano przy życiu: na mleko. Lokalsi mnie przerażali. Ja byłam przy nich miastową i tej swojej nieadekwatności do gór okropnie się przed nimi wstydziłam. Byłam wychuchaną, delikatesową panienką. Dyskotekową kulą, którą ktoś dla kontrastu zawiesił w lesie. Dziś myślę, że bałam się ich, bo wyczuwałam strach ojca. Strach z Malowanego ptaka. Zwłaszcza że wokół wsi krążyły plotki jak z Kosińskiego: o ojcu, który tak katował córkę, że uczynił ją niepłodną, o mężczyźnie, którego syfilis pozbawił nosa, o kłótniach, które kończyły się zabiciem sąsiada siekierą, co mój ojciec pięknie określał „samosądami”. „Samosądzonych” chowano gdzieś przy drodze i stawiano im krzyż z informacją, że to trup znaleziony w czasie wojny. Najpewniej partyzant. W latach 90. partyzantów wciąż przybywało.

Przy każdej okazji ojciec deklarował bezwzględny szacunek i respekt dla lokalsów. Oferował im pomoc, z której czasem korzystali. Mieli kłopoty z rozumieniem urzędowej korespondencji, więc ojciec robił tam za skrybę. Pozostał w ich mniemaniu „miastowym”. Pozostał też pewnie dziwakiem. Czy uchodził tam za Żyda? Nie wiem. Wiem natomiast, że bał się tego jak ognia i udawał przed całym światem, że wcale się nie boi.

Są takie ćwiczenia w jodze, które niosą pewne ryzyko, jeśli chce się je zrobić dobrze. Na przykład bhujapidasana: trzeba się wychylić do przodu, ryzykując utratę równowagi i zarycie nosem w matę. Albo prasarita padottanasana: jeśli stopy odkleją ci się od maty, polecisz na głowę. Ilekroć nauczyciel pomaga mi je zrobić i zachęca, żebym bardziej się postarała, mówię: „boję się”. Na jodze nauczyłam się mówić to głośno.

To był mój warunek, by wrócić na jogę: żeby było inaczej niż u ojca. Przestałam ćwiczyć mając 14 lat, zaczęłam na nowo mając 31. Wybrałam starannie szkołę, w której uczyło pięć kobiet i tylko jeden mężczyzna. Przez pierwsze dwa lata chodziłam na zajęcia prowadzone przez kobiety, wiedząc, że nie zniosę w tej roli mężczyzny. Kiedy raz jedna z nauczycielek się rozchorowała i na jej zastępstwo przyszedł nauczyciel, zalała mnie furia. Przez pierwsze pół zajęć nie mogłam się skupić. Rozsadzała mnie niechęć do niego i potrzeba zrobienia demonstracji, że go nie poważam, że nie będę go słuchać, że nie potraktuję go jak mistrza. Do dziś nie jestem w stanie śpiewać mantry otwierającej zajęcia Mysore. Zachowuję się jak niewierzący w kościele: stoję razem ze wszystkimi, milczę, oglądam ściany i czekam, aż skończą. Nadal potrzebuję tego aktu dystansu. Czasem zastanawiam się, kiedy to też mi przejdzie. Może kiedyś. I dlaczego w ogóle ćwiczę jogę? Czy ważniejsze jest to, że ją na wiele lat porzuciłam, czy też to, że jednak do niej wróciłam? To drugie dużo bardziej mnie niepokoi. Bo niepokoi mnie moje podobieństwo do ojca.

Pięta, tarcza, pięta

Furia, z jaką się kłócę. Podnoszenie głosu. Odpuszczanie kontroli nad własnymi emocjami i euforyczna groza, jaką to daje. Używanie słów, które ranią. Ferowanie błyskawicznych i bezlitosnych ocen. Poczucie niedocenienia. Kompleks niższości, rekompensowany żałosnymi snami o potędze. Nieumiejętność radzenia sobie z poczuciem winy. To on. To ja. To straszne być podobną do niego. Okrutnie się tego wstydzę. Kiedy to dostrzegam, dopada mnie poczucie klęski. Poczucie, że jestem kimś, kim za żadne skarby świata nie chcę być.

Słucham Władimira Wysockiego, tak jak mój ojciec.

Ćwiczę jogę, tak jak mój ojciec.

Tak jak mój ojciec, mam przykurcz mięśni pod kolanami, więc moja joga, podobnie jak jego, nie wygląda efektownie.

Mam duży brzuch i chude nogi, tak jak mój ojciec.

Szukam w ciałach kolejnych mężczyzn zapomnienia i nieskończonej czułości, tak jak mój ojciec szukał tego w ciałach kobiet. Choćby przez chwilę i na chwilę. Żywię się tymi chwilami, jak koty żywią się na śmietnikach.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że seks jest zdrowy, dopóki nie załatwiasz sobie nim niczego poza seksem. Ja załatwiam sobie nim milion spraw. I bardziej niż to, czy jest „zdrowy”, interesuje mnie, skąd jest to pożądanie. Co je rodzi, co je nakręca, co je zabija.

W ciągu ostatniego tygodnia przespałam się z trzema mężczyznami. Tylko dlatego, że zakochałam się w czwartym. Chciałam go z siebie usunąć. Dziś obudziłam się o 4.35 rano przerażona, że jestem w ciąży. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miałam okres. O 8.01 byłam w aptece. Nie jestem w ciąży. Alleluja.

Istnieje milion przesądów na temat żydowskiej seksualności, są one tak stare jak antysemityzm. Żydzi są jak zwierzęta – nie panują nad swoimi popędami. Albo: miejskie życie wynaturzyło Żydów do tego stopnia, że ich seks jest także nienaturalny. Żydzi mają skłonność do endogamii, zadają się tylko z innymi Żydami i to jest źródłem ich seksualnych patologii. Albo: Żydzi uwielbiają uwodzić gojki, a Żydówki gojów, to ich perwersja. Żydowscy mężczyźni są trochę jak kobiety, zniewieściali i ulegli, nie stać ich na prawdziwą męskość. Albo: żydowscy mężczyźni są wyjątkowo lubieżni. Żydowskie kobiety mają w poprzek. To się akurat zgadza. Ja mam wszystko w poprzek.

Antysemityzm nie jest czymś, co trzyma się z dala od Żydów. Wpływa na życie żydowskie najbardziej dosłownie, poprzez symboliczną i fizyczną przemoc, kreowanie wykluczających norm, regulacji, przepisów i zwyczajów. Wpływa jednak na życie żydowskie także bardziej subtelnie, perfidnie: kształtuje żydowskie tożsamości, postawy, poglądy, bo wszystkie one składają się na strategie przetrwania w warunkach zdefiniowanych antysemityzmem. Czy wpływa także na pożądanie? Boję się tej myśli, ale dlaczego miałabym ją odrzucić, skoro seks, jak wszystko inne, jest społecznie konstruowany i uwikłany w procesy władzy?

Ta myśl od dawna nie daje mi spokoju. Frister, Kosiński, Polański: życie seksualne niektórych mężczyzn z pokolenia dzieci Holokaustu stało się tematem plotek, skandali, a niekiedy ich autobiografii. Nazwisk innych nie mogę wymienić, bo ich biografie nie są przedmiotem publicznej dyskusji, ale wiem, że w ich życiu pojawia się ten sam schemat, nazywany rubasznie: „pieprzyć wszystko co się rusza”. Czy oni praktykują coś na kształt odwrotnej sublimacji: uciekają w seks przed doświadczeniem zagrożenia życia? Szukają tam kryjówki przed ściągającym ich poczuciem skazania? Czy seksem dostarczają sobie poczucia, że jeszcze żyją? Czy w czyimś pożądaniu odnajdują dowód, że nie są kompletnie odrażający i całkowicie bezwartościowi? Czy robił to mój ojciec? Czy mój ojciec chciał wypieprzyć z siebie Zagładę?

Ktoś kiedyś nazwał ich „żydowskimi jebakami”. Niedawno zrozumiałam, że ja robię to samo. To ja jestem żydowskim jebaką.

Widziałam mojego ojca, który traktował kobiety tak, jak bogaty człowiek traktuje samochody. Czasem ma się ich kilka, zawsze przynajmniej jeden. Niektóre stoją w garażu i sięga się po nie na specjalne okazje. Bierze się je sobie, używa się ich, czasem trzeba przy nich pomajstrować, czasem wpompować w nie trochę benzyny, trochę energii. Jak kosztują tej energii za dużo, to się je odstawia i szuka nowego, mniej wymagającego egzemplarza. Mój ojciec nigdy nie rozmawiał z kobietami jak z ludźmi. On kobiety oglądał, oceniał, wyceniał, mierzył wzrokiem. Tak jak hodowcy oglądają, oceniają, wyceniają i mierzą wzrokiem konie na targu zwierząt. Widziałam, że mój ojciec nie traktuje kobiet jak innych LUDZI, bo ludźmi byli dla niego wyłącznie mężczyźni. Kobiety były dodatkiem do ludzi. Dodatkiem, który umila i ułatwia życie, a jak zaczyna je uprzykrzać, to trzeba dodatek subordynować. Jak i to nie działa, należy się go pozbyć, by nie rozpraszał, nie odciągał od ważnych spraw. Nienawidziłam go za to. I nienawidziłam kobiet, które dawały sobie to robić. Nigdy nie chciałam stać się taką kobietą.

Czy jednak rola mojego ojca była dla mnie równie dostępna? Mężczyzna może mieć kilka żon, kilkadziesiąt kochanek, przygody, romanse, skandale, opinię jebaki, podrywacza, jurnego byczka. Może to robić, gdy ma lat 20 i gdy ma lat 70. Może podrywać dziewczyny, które są w wieku jego wnuczek. Może rozwalać kolejne związki, swoje i cudze, zdradzać, zakochiwać się, czy po prostu mieć na jakiś czas dosyć stabilnego życia. I już. I tyle. Nie zaszkodzi mu to, nie zrobi mu to nic złego. Nie nadszarpnie to jego życia zawodowego, reputacji ani towarzyskiej, ani nawet moralnej. Nie sprawi, że ludzie się od niego odsuną, będą wrogo szeptać za jego plecami. Nie stanie się on pośmiewiskiem albo obiektem demonizacji. Nie wyrobi tym sobie opinii żałosnego dupka, ani zepsutego towaru. Przeciwnie: doda mu to atrakcyjności. Inni mężczyźni będą albo go podziwiać albo mu zazdrościć. Niejedna kobieta podejmie ambicjonalne wyzwanie, by wzbudzić jego wyjątkową atencję i tym samym odróżnić się od innych kobiet, które Don Juan potraktował przelotnie. Co najwyżej zniesie on kilka awantur, które dołączy do zbioru anegdot zarezerwowanych na specjalne okazje. Nikt nie powie o nim: dziwka.

O kobiecie, która robi to samo, mało kto pomyśli, że jest Królową Życia. A nawet jeśli tak pomyśli, dysponować będzie całym arsenałem, by ją z tego tronu zestrzelić. Dziwka. Kurwa. Łatwa. Zbyt łatwa. Puszczalska, żałosna, wywłoka, napalona cipa, nie szanuje się, wyciera materace, robi z siebie materac, wszystko osiąga przez łóżko, to jest chore, coś z nią nie tak, nie umie się kontrolować, ona musi mieć jakiś problem.

Kilka lat po rozstaniu poszłam z moim byłym chłopakiem na kawę. Kiedy zeszło na temat „czy z kimś się teraz spotykasz”, mój ex zasugerował, że w wąskim środowisku, w którym oboje kiedyś się obracaliśmy, krążą na mój temat plotki. A potem nie chciał wyjawić, jakie. „Nie powiem ci, co o tobie mówią” – tak to dokładnie ujął, ze złośliwym uśmieszkiem. Wspominam to jako jego zemstę za nasze rozstanie, którego nie chciał. Nie chodzi o treść tych plotek, lecz o pewien chwyt, dostępny w takich sytuacjach jedynie mężczyznom. Gdybym miała stałego partnera, nie mógłby tego powiedzieć, więc „wiadomo”, o jakie plotki chodzi. Wiadomo siłą mizoginicznej kultury.

Mogę sobie nic z nich nie robić. Najczęściej mi się udaje. Najczęściej myślę sobie: im bardziej męscy mężczyźni, tym bardziej nienawidzą kobiet, które ośmielają się żyć tak, jak oni, w związku z czym muszą oni znajdować sposoby, by takie kobiety zdezawuować, obrazić, pozbawić w swoich oczach władzy, po którą sięgnęły. Władzy nad własnym życiem, która niesie ryzyko, że będzie także władzą nad życiem cudzym. Im bardziej męscy mężczyźni, tym bardziej boją się, że teraz to kobieta potraktuje ich tak, jak dotąd tylko mężczyznom wolno było traktować kobiety. Przedmiotowo. Użytkowo. Zabawowo. Jak przyczynek do anegdot.

Ale być nienormatywną kobietą – kobietą, która nie szuka męża, nie chce zakładać rodziny, dobrze jej samej, pieprzy się z wieloma mężczyznami i nie jest w tym wybredna – to jak być Żydem wśród Polaków. Żydowskość jest w Polsce piętnem. Możesz na różne sposoby to piętno negocjować: używać go jako elementu swojej tożsamości, pozbywać się go, ukrywać je, być z niego dumną, eksponować je lub je chować, udawać, że go nie ma, albo mówić o nim w kółko. Ale to jest piętno. W tym znaczeniu, że czegokolwiek nie wybierzesz – zawsze zapłacisz za to jakąś cenę. Choćby taką, że musisz się nagimnastykować, by znaleźć na nie odpowiednie miejsce. To trochę jak kanapa po babci w twoim pokoju, której nie wolno ci się pozbyć. Możesz ją lubić, możesz jej używać, możesz na niej spać, możesz mieć do niej sentyment, możesz ją zakryć, możesz jej nie cierpieć, możesz ją traktować jak cenną pamiątkę, możesz po niej skakać, albo zabraniać komukolwiek na niej siadać, możesz ją upaćkać, kiedy jesz na niej pizzę, albo zapakować w folię, by się nie kurzyła, możesz się na niej masturbować, albo na niej medytować, możesz ją renowować, albo podarować molom na pożarcie. Jednak czegokolwiek nie zrobisz, musisz ją w swoim pokoju gdzieś umieścić. Pomieścić. Gdzieś ją wstawić i jakoś się wobec niej ustawić. Kilka metrów sześciennych mebla.

Mój ojciec używał przywileju męskości, by radzić sobie z wszystkim tym, co z powodu jego żydowskości zrobiły mu kultura i społeczeństwo: poczuciem niższości, gorszości i braku własnej wartości, poczuciem bycia śmiesznym, pokracznym, ohydnym i brzydkim, poczuciem, że jest innym niż inni i że ta inność nic dobrego nie zwiastuje, a także, najbardziej dosłownie, z doświadczeniem bycia tropionym i skazanym na śmierć, a zatem ze strachem, który wrył się w niego na tyle głęboko, by nigdy go nie opuścić i by zdominować całe jego życie. 50 lat po wojnie mój ojciec zbudował pod swoim domem bunkier, z suchym prowiantem, który regularnie uzupełniał, i z dostępem do wody. Na wypadek kolejnego Holokaustu, by być tym razem przygotowanym. Czekał na kolejny Holokaust całe dorosłe życie, by sobie i światu udowodnić, że drugi raz nie da sobie zrobić tego wszystkiego, co wtedy, skontroluje sytuację i dzięki temu zapobiegnie upokorzeniu.

Myślę, że to właśnie wieloletnie, uporczywie powracające w okresie jego młodości doświadczenie upokorzenia, łącznie z najbardziej fizycznym (wisząca nad nim groźba szmalcowniczego rytuału sprawdzenia, czy jest obrzezany) było kluczem do – nie znajduję na to bardziej adekwatnego słowa – jego popierdolenia. Upokorzenie rozumiem tutaj jako przeżycie całkowitej bezsilności, bezradności, utraty kontroli nad własnym życiem i własnymi odruchami w obliczu skierowanego przeciwko niemu okrucieństwa.

Chyba robię to samo, co on, ale robię to jakby odwrotnie. Używam żydowskości, by poradzić sobie z kobiecością, bo to w kobiecości, w tej iście szatańskiej kreacji, lokuję źródło swoich najsilniejszych upokorzeń. Postrzeganie mnie jako kobiety, a nie jak „po prostu” człowieka – i wynikłe z tego traktowanie mnie – sprawia, że czuję się bezsilna. A bezsilność jest dla mnie najgorszym uczuciem pod słońcem. Jestem pewna, że dla mojego ojca też była. Reaguję na nią potrzebą zemsty. Używam żydowskości w tym sensie, że przywracam nią sobie poczucie sprawczości. To działa trochę jak talizman, który kiedyś dostałam od mojego ojca. Tamten miał mnie chronić przed niebezpieczeństwem. Ten chroni mnie przed udupieniem. A mnie najbardziej udupia bycie postrzeganą przez pryzmat kobiecości.

Wbrew obowiązującym w Polsce wzorom dominacji, żydowskość jest dla mnie sprawczością, bo pozwala mi na identyfikację z ojcem, którego sprawczości doświadczałam w nadmiarze. To sposób, jaki znalazłam, by go kochać. Nie pomimo, lecz wraz z jego strasznością. Nie pomimo tego, że całe życie się go bałam, bo był agresywny, gwałtowny, nieobliczalny, autorytarny, nieznoszący sprzeciwu, wymagający absolutnego podporządkowania, lecz przez próby włączenia tego we własną historię, a także zrozumienia historii, która ukształtowała jego. Przez próby zobaczenia, jak prywatne dzieje tej części mojej rodziny zostały zdeterminowane przez historię i politykę. Nie pomimo tego, że był beznadziejnym ojcem, ale niejako razem z jego beznadziejnością. Żydowskość pozwala mi czerpać siłę z ojca, bo to jego siły doświadczałam jako niepokonanej. Wybór żydowskości jest więc dla mnie wyborem tego w męskości, co najbardziej mnie w niej pociąga i czego najbardziej mężczyznom zazdroszczę.

Paradoksalnie ona mnie chroni. Jeśli ktoś spróbuje mnie skrzywdzić – a z tym, jako kobieta chodząca na randki w ciemno muszę się nieustannie liczyć, bo żyję w kulturze gwałtu – sposób, by sobie z tym poradzić, znajdę w zasobach żydowskości. Kobiecość, mimo kilkunastu lat zaangażowania w radykalny feminizm, dotąd mi tego nie dała. Z pięty Achillesa mojego ojca zrobiłam tarczę, by zasłonić nią moją piętę.

W randkach na jedną noc nie ma czasu na wysublimowane ściemy, przemyślane strategie ani wypuszczanie zasłon dymnych. Kilka tygodni temu umówiłam się na 19 z Danielem. O 19.05 Daniel wysłał mi sms-a, że będzie o 19.30. Żadnego: „przepraszam”, żadnego: „czy możesz poczekać?”, tylko: „przyjdę, nie martw się J”. Odebrałam to jako brak szacunku, wkurzyłam się i odechciało mi się z nim spotkać. Napisałam mu, że zmieniłam lokalizację, podałam inny adres spotkania, choć nadal siedziałam w tym samym barze. 45 minut później Daniel napisał z pytaniem, gdzie jestem. Odpisałam: „przyjdę, nie martw się J”. Nie zrozumiał. Czekał jeszcze 20 minut.

Gdybym przeczytała o takiej sytuacji w książce, nie odnalazłabym się w niej. Kiedy muszę decydować szybko, czy komuś ufam czy nie, pozwalam sobie jednak na takie zachowania. Idę za pierwszymi reakcjami. Tu nie ma szarej strefy wielodniowego flirtowania, w której będę mieć czas na sprawdzanie, czy czerwona lampka w mojej głowie to intuicja czy raczej paranoja. Muszę ufać sobie natychmiast. Piszę o tym wszystkim jak o manewrach wojennych, bo w kulturze gwałtu ONS to dla kobiet pole minowe. Emancypacja? Jesteśmy rozbitą partyzantką w rzekomo własnym domu.

Moim „sprawdzam” jest mówienie, że jestem Żydówką. Tak prędko i tak jednoznacznie robię to wyłącznie na jednorazowych randkach. Robię to zachęcona small talkami, w których często pada pytanie, skąd jestem. Odpowiadam wtedy, że z Warszawy. „Ach, Polka!” – słyszę w odpowiedzi[2]. „Nie, Żydówka” – odpowiadam. Moi rozmówcy najczęściej nie rozumieją, że ta odpowiedź jest przede wszystkim odmową udziału w akrobacjach typu: „na przekór polskim antysemitom, ja, Żyd, będę określał się mianem Polaka, bo jestem polskim patriotą”. Nie jestem Polką. Nie jestem patriotką. Nie zamierzam ani rywalizować z antysemitami o cokolwiek, ani czegokolwiek im udowadniać. Moi rozmówcy nie muszą tego jednak rozumieć. I bez znajomości polskiego kontekstu to dobry test. Wykrusza całkiem sporo mężczyzn. Najczęściej od razu, jak wtedy, gdy na moje „i am Jewish” niejaki Josh z Dublina odpisał: „Ok, i don’t mind”. Łaskawiec.

Czasem jednak odpowiedź przychodzi z opóźnieniem. Tak było z Mahmoudem. Trochę się w nim zakochałam. Za jego włosy wszędzie, nawet na plecach. Za jego zapach, bo skóra pod włosami pachnie inaczej niż skóra bez włosów. Za jego ogoloną na łyso głowę. Za to, że przez sen przytulał mnie tak mocno, że nie mogłam oddychać. Za to, że jego ciało było zawsze jak rozgrzany piec. On jest kulą ciepła. Wirującą, niespokojną, ale zawsze gorącą. Wiedziałam, że kłamie, że zmyśla, że bajeruje, że powtarza mi to, co powtarza każdej dziewczynie, z którą chce sypiać. Ale miałam to gdzieś, dopóki mogłam wycisnąć z niego choć kroplę czułości. Bo mój ojciec był nieskończenie czuły. Był to jego najpiękniejszy atrybut. Gdybym miała zespół muzyczny, nazwałabym go Endless Tenderness i na pewno piosenkę pod tym samym tytułem zadedykowałabym właśnie ojcu. Jeśli czasem tęsknię za moim ojcem, to właśnie za jego czułością. I wiele jestem w stanie za nią poświęcić. Ale nie wszystko.

Na naszej ostatniej randce Mahmoud miał na szyi łańcuszek. Wcześniej go nie nosił. Kiedy go przytuliłam, wyczułam, że coś na tym łańcuszku jest. Wyjęłam mu go spod koszuli. To była flaga Palestyny w kształcie terytorium Izraela[3]. Na ścianie w moim pokoju, w którym spotykaliśmy się już wcześniej, jest mała sześcioramienna gwiazda, dostałam ją kiedyś od matki. Gwiazda z Maroka, nie z Izraela, ale dla Mahmouda pewnie to nie miało znaczenia. Nie rozmawialiśmy o tym. Po prostu więcej się nie spotkaliśmy.

Dzienniczek etnograficzny

Moja ostatnia wizyta u ojca przypadła w jego urodziny. Potem spotykaliśmy się już wyłącznie na mieście. Ja: by uczynić te spotkania jak najkrótszymi i by utemperować ewentualne wybuchy jego agresji, bo „przy ludziach” nie pozwalał sobie na takie spustoszenie, jakie miał w zwyczaju siać w domu, gdy ktoś nie poddawał się całkowicie jego woli. On: bo pewnie się ze mną męczył. Podczas tamtej wizyty, żeby jakoś wytrzymać, prowadziłam dziennik etnograficzny. Pomagał mi on dystansować się od wszechobecnej w jego otoczeniu mizoginii. Zamiast reagować na jej przejawy i tym samym skazywać się na przegraną, próbowałam zamienić się w kolekcjonerkę dowodów. Oto moje zapiski:

Dzień 2.

Wczoraj nie robiłam notatek. To chyba oznacza, że nie było nic, co wyprowadziłoby mnie z równowagi kompletnie.

J., wierny uczeń ojca z wieloletnim stażem, zauważył, na moją uwagę dotyczącą „legalnej” pedofilii nie nazywanej pedofilią w krajach, gdzie 12-letnie dziewczynki wydawane są za mąż, że one „inaczej dojrzewają. One się inaczej rozwijają. Szybciej”.

Tata opowiada mi o projekcie nowej książki, którą czytać będzie z wypiekami na twarzy i kucharka, i profesjonalista. Mówię: „albo kucharz i profesjonalistka”. On: „Tak… No i ona, ta kucharka…”

Opowieści o silnych mężczyznach z „Solidarności”. Nie używa się słowa: człowiek, ludzie. Tylko mężczyźni. Prawdziwi lub silni, lub jedno i drugie.

Uwaga taty do J. o tym, że kobiety dziś potrafią takie rzeczy robić, o których dawniej się im nie śniło. Takie dobre samochody prowadzą…

Przygotowywanie posiłków: pięć kobiet krząta się po kuchni, nakrywają do stołu, panowie siedzą przy zapełniającym się coraz to nowymi jedzeniami blacie i pokazują sobie funkcje w swoich komórkach. Nie obywa się bez przechwałek na temat znajomości najnowszych technologii. J. wkurwia mnie nieprzeciętnie, mam o nim najgorsze zdanie, etnografia nie pomaga. Właściwie musiałabym spisać wszystko, bo każdy element odzwierciedla całość, a zarazem podtrzymuje ją, tworzy ją, nawet wtedy, gdy robi pozorny wyłom. Na pytanie, jaką książkę czytam, opowiadam o G. Żona taty odpowiada: „A propos, ja przeglądam właśnie Wojnę plemników”. Tata: „to bardzo dobra pozycja”. Tak, to rzeczywiście bardzo dobra POZYCJA.

Dzień 3.

Z wczoraj: Siedzimy przy herbacie, jest ok. 20 osób, ledwo się mieścimy. Tata opowiada dowcipy o tym, jak kobiety kładą dowcipy. Patrzy na mnie i mówi: “To są szowinistyczne żarty. Ale naprawdę są tacy LUDZIE, którzy…”

Ta sama sytuacja. Tata mówi do swojej żony, w nastroju ogólnej obowiązkowej euforii z jego żartów: „Widzę, że twój syn zaczyna dojrzewać. Łapie twoją przyjaciółkę za kolano.” Wszyscy znów wybuchają salwami. Odwracam się, za mną leży książka – jego prezent urodzinowy: 100 najważniejszych książek w historii. Szukam w spisie treści kobiet. Są 3. Wollestonecraft Rewindykacja…, S. De Bouvoir Druga płeć i B. Friedan Mistyka kobiecości. 3/100. Wszystkie trzy to przełomowe dzieła feministyczne, emancypacyjne. Nie mam się tym z kim podzielić, nie mam tego komu powiedzieć, to będzie NIE NA TEMAT.

Wieczorem ognisko. Jest rozluźnienie, spadają gwiazdy, trzy piwa na siedem osób, reszta poszła spać. Dwóch mężczyzn: M i J. J. bryluje, zmusza, przemocą, nawet, kiedy mówię nie, do słuchania jego durnych historyjek. Mnóstwo rozmów inicjowanych wciąż na nowo przez niego o tym, że piwa Reds oraz Ginger są babskie, damskie, dla kobiet i cienkie, słodkie, żeńskie. J., mimo, że odmawiam, opowiada mi o „żeńskim szowinizmie”. O tym, że kobieta dziedziczy emeryturę po mężu, a on po żonie nie. Mówię, że to kwestia ustawodawstwa, a tam przeważają mężczyźni. On: „Zgoda. A lubisz Izabellę Sierakowską?”.

Tata przy stole, nadal 20 osób, mówi, jako jedną z licznych śmiesznych anegdot, że stoję „na czele ruchu feministycznego w Polsce”. Nie mogę przekrzyczeć śmiechu i złapać spojrzeń wbitych w niego, by cokolwiek sprostować. Szybko rezygnuję. J., gdy ucicha sterowany wybuch wesołości: “Dobrze. Zgadzam się. Może być.” M. mówi mi, że była żona J. oskarżyła go o znęcanie się, psychiczne i fizyczne. Nikt tu jej nie wierzy, odeszła z sekty. Sprawa ciągnie się już siedem lat. Straszne. Ja jej wierzę. Bardzo chciałabym jej wysłuchać.

Dzień 4.

Nie pamiętam wczoraj. Dziś najtrudniejszy dzień. Płakałam, pierwszy raz. J. nadaje się do spuszczenia mu wpierdolu, i to przez same kobiety. Wierzę jego byłej żonie. Ja poczułam się przez niego molestowana już kilkakrotnie, choć jestem córką szefa. Od rana opowieści przed kobietami między mężczyznami (tata, J.) o prawdziwych mężczyznach. Rozmawiają o wojnie, o prawdziwych żołnierzach, rozmawiają o dziennikarzach, o Kamilu Durczoku, który zachował się jak prawdziwy mężczyzna i o głupiej oraz podłej cipie Resich–Modlińskiej. Rozmawiają o ludziach stąd, słyszę o pracujących, harujących góralach, którzy zarabiają, by wykarmić żony i dzieci, którzy piją, bo żona już nie taka, jak kiedyś im się wydawało. Rozmawiają o Chinach, słyszę o eunuchach, którzy kastrowani byli po to, by nie zapładniać kochanek światłego cesarza, widzę podziw dla wielkości i przemyślności, wyrażany potakiwaniami i pomrukami siedzących przy stole. Rozmawiają o polityce, słyszę o dyktaturze męża stanu, która jest niezbędna, mógł być nim Wojtyła, bo taki charyzmatyczny i wielkiej mądrości, ale jest za daleko, by panować nad motłochem. Rozmawiają o religii, słyszę o mędrcach, kapłanach, duchach. Rozmawiamy o nas, ojciec zwraca się do mnie i do swojej żony w formie męskoosobowej liczby mnogiej (w tych okolicznościach to chyba komplement?).

Tata mówi przed śniadaniem: „za chaos doprowadzający świat do ruiny odpowiedzialna jest równoznaczność, którą teraz się głosi. Równoznaczność idei, wieku, doświadczenia i płci”. To było do mnie, choć wypowiedziane w przestrzeń. Pytam: „Co masz na myśli mówiąc: równoznaczność?” „To, że są tyle samo warte.” A zatem za chaos jest m.in. odpowiedzialna idea równouprawnienia kobiet i mężczyzn, podczas kiedy natura i ekosystem temu przeczą i oto, co z tego wynika: jemu wycinają jego ukochane lasy pod domem, lasy drzew – staruszków, mędrców. Zatem jestem za chaosem, niech w pierwszej kolejności rozwali tę budę zbudowaną na potwornej, uwłaczającej nierówności płci. Tata: „kobiety sprzątają, a silni mężczyźni siedzą gotowi iść wam (mi i jego żonie) na pomoc, jeśli zgubicie się w lesie”. Idzie tata po górach, boję się o jego serce a jednocześnie mam ochotę go zabić. Tato, jesteś chujem jakich mało.

Może etnografia tak właśnie się kończy: siedzę nad suszącym się krowim gównem zbieranym przez służące płci podrzędnej, by stary mógł odprawić swoją mszę i fallus znów stanął do pionu, tutaj nazywany energią. Wystarczy mi tej wizyty, chcę wracać do domu, chcę być u siebie, chcę w bezpieczne miejsce, idę napisać sms-a do przyjaciela. Żono mojego ojca, ty nigdy nie przestaniesz grać w jego grę? Jego znaczonymi kartami? Mówisz z kpiną w głosie, słuchając wiadomości o tym, że jakieś kobiety oskarżyły szefa o molestowanie seksualne: „Molestowanie, tak? «Dziewczynko, jaka jesteś piękna.» «O, molestuje mnie!», Hahaha”. To jest dom niewolnic, dom zniewolonych kobiet, okaleczanych, którym zabiera się wszystko, a można, kiedy już przekona się je, że są nikim, brakiem męskości (prawdy i siły), brakiem chuja, więc nawet chuja udowadniać nie mogą. Trudny dzień. Jeszcze dwie noce i do domu.

Dzień 5.

Oto historia, którą opowiada mi tata, gdy zjeżdżamy jego samochodem z gór. Mijamy dom zmarłego pana P. Tata zaczyna: „Była taka dziewczyna, z okolic, jak to się mówi, bardzo męska, taka maskulinistyczna, trochę niespełna rozumu. Wykonywała wszystkie prace, które normalnie robią mężczyźni. Widziałem ją, kilka razy nawet, powoziła końmi, drewno z lasu ściągała, ja się dziwiłem, kto to. Syn P. kiedyś gdzieś ją przydybał, a po kilku tygodniach okazało się, że ona jest w ciąży”. Pytam się taty: „Co to znaczy: przydybał? Zgwałcił ją?” Tata: „Nie podejrzewam, ona potem się chyba do jakiś uczuć jego odwoływała. A poza tym, wiesz, ona była, jak mówię, niespełna rozumu trochę, to trudno określić wtedy, czy był to gwałt czy nie”. Pytam: „Co to znaczy, że była niespełna rozumu?” Tata: „No, jak to się mówi, taka durnowata była. Dziewczyna o ciąży powiedziała ojcu. Ten ją za to pobił okropnie i wyrzucił z domu. Ale teraz, córka, jeszcze nie płacz, bo najgorsze niestety nastąpiło potem. Mianowicie ona, zrozpaczona, wypiła jakiś zajzajer straszny, nie po to, żeby się dziecka pozbyć, tylko żeby się zabić. Co też jej się i udało. Konała długo w męczarniach, bo wypiła coś, co wypala wszystko w środku, jakąś mieszankę chyba. Miała około 30-stki”.

Kiedy zaczęłam mówić o granicy między gwałtem a przyzwoleniem, facet w moim wieku, który jechał z nami, syn znajomego taty, powiedział: „Nie podejrzewałbym w tym wypadku gwałtu, bo takie dziewczyny z reguły bardzo łatwo jest namówić”. Milczenie ofiar. Kobieta, która zabiera do grobu tajemnicę, całą historię, całe cierpienie bez możliwości wylania go na zewnątrz, jakkolwiek. Zastanawialiśmy się, czy syn P. wiedział, czy wiedziały jego siostry i matka, komu najpierw powiedziała, czy komukolwiek oprócz ojca. A facet na tylnym siedzeniu podsumował: „Z punktu widzenia rodziny pana P. to było najlepsze, co się mogło stać”.

***

10 lat. Potrzebowałam 10 lat bez jego terroru, by powiedzieć sobie, że kocham mojego ojca. Ciekawe, co jeszcze sobie powiem za kolejne 10. Ojciec, ja i żydowskość – kiedyś myślałam, że ułożę to sobie w głowie raz a dobrze, i dopiero wtedy o tym napiszę. Ale tak się zapewne nigdy nie stanie. Czasem myślę, że z żydowskością jest jak z rozszyfrowywaniem jakiegoś kodu: wszystko do niego prowadzi i w efekcie im bliżej, tym większa gmatwanina ścieżek, w której nie sposób się nie pogubić. Pisanie jest więc sposobem obwąchiwania terenu, sprawdzania tropów. Dziękuję P., z którym dzielę miłość do żydowskich mścicieli, za to, że mogę z nim o tym wszystkim rozmawiać. Dzięki temu koła, które zataczam, są coraz mniejsze.

 

Imiona i miejsca zostały zmienione.

[1] Tym określeniem naznacza się w Polsce osoby uznane za inne-niż-typowy-Polak. Rozpoznanie obcości odbywa się tutaj na mocy koloru skóry. „Ciemny” ma więc konotację rasistowską, a w tym przypadku uwypukla rasistowski komponent antysemityzmu.

[2] Kiedy korzystałam z aplikacji randkowych na tzw. Zachodzie, często spotykałam się z entuzjastyczną reakcją mężczyzn na moje polskie pochodzenie. Z czasem zrozumiałam, że wynika ono z przekonania, jakoby Polki, częściej niż kobiety z krajów zachodnich, pozwalały mężczyznom na zachowania seksistowskie, a także rzadziej lub z mniejszą śmiałością reagowały sprzeciwem na nadużycia wobec nich podczas seksu. Z czasem zdanie „i like Polish girls” stało się dla mnie znakiem, że mam do czynienia z mężczyzną, który oczekuje od kobiet uległości, podporządkowania i bezwarunkowego spełniania jego fantazji seksualnych. Taki jest obowiązujący w Polsce model kobiecości. Powoduje on, że kobiety tam wychowane boją się stawiać mężczyznom granice i troszczyć się o swoje potrzeby, w tym także potrzeby seksualne.

[3] Symbol antysyjonizmu, zgodnie z którym Izrael nie ma prawa do istnienia, bo znajduje się na terytorium palestyńskim, które Żydzi skolonizowali. Symbol ten wyraża nadzieję, że współczesne terytorium całego Izraela będzie kiedyś należeć do państwa palestyńskiego. Flaga palestyńska w kształcie terytorium Izraela jest dobrym przykładem delegitymizacji, czyli jednego z komponentów „testu 3D” (delegitymizacja, demonizacja, podwójne standardy, ang. delegitimization, demonization, double standards), zaproponowanego przez Natana Sharansky’ego jako detektor antysemickich treści w dyskursie antysyjonistycznym. Zob. Natan Sharansky, “3D test of anti-semitism: Demonization, double standards, delegitimization”, w: Jewish Political Studies Review 16, nr 3–4, 2004.

 

 

Leave a Reply