Talerzyk

Anna Zawadzka

Z pierwszej podróży do Izraela przywiozłam biały talerzyk w niebieskie kwiatki. To było w 2006 roku. Często przeze mnie używany, a także przewożony podczas niejednej przeprowadzki, talerzyk kilka razy się nadtłukł. Sklejałam go super glue. Kojarzył mi się z ojcem, bo to z nim byłam wtedy w Izraelu. Kiedy mój ojciec umarł, talerzyk nabrał dodatkowego znaczenia.

Lubię przedmioty codziennego użytku. Wszystkie te kuchenne, pokojowe, łazienkowe duperele. Lubię używać, mieć blisko, patrzeć na rzeczy, które uważam za ładne. Często z trudem powstrzymuję się przed ich kupowaniem. Gdybym miała dużo pieniędzy i dysponowała dużą przestrzenią, miałabym na pewno więcej rzeczy.

Kiedy podjęłam decyzję o emigracji, musiałam dokonać brutalnej selekcji przedmiotów do wzięcia. Wiedziałam, że w nowych warunkach będę miała do dyspozycji tylko jeden pokój, będę musiała często się przeprowadzać, a im więcej ma się rzeczy, tym jest to bardziej skomplikowane. Wiedziałam, że teraz będę dzielić kuchnię, łazienkę, przedpokój z wieloma osobami i będę musiała wcisnąć moje przedmioty pomiędzy ich przedmioty. Pozbyłam się więc trzech czwartych rzeczy. Sporo z nich rozdałam. Te, z którymi byłam mocniej związana, do dziś zalegają na strychu u przyjaciela. Czekają, aż na emigracji usamodzielnię się na tyle, by mieć na nie wystarczająco dużo miejsca i pieniądze na większy transport. Wtedy je przywiozę.

rzeczy, które zostawiłam w Polsce z nadzieją, że kiedyś je stamtąd zabiorę

Wzięłam ze sobą tylko rzeczy najukochańsze. Takie, które łączą się ze szczególnymi wspomnieniami. Filiżankę, którą kupiłam w mojej ulubionej nadmorskiej miejscowości, kiedy byłam tam razem z moją dziewczyną. Kubek, który przywiózł mi z Meksyku przyjaciel. Solniczkę, którą ukradłam z restauracji, bo założyłam się z koleżankami, że będę na tyle głupia, by to zrobić. Talerz, który kupiłam sobie w prezencie po obronie doktoratu. Szklanki z libańskiego sklepiku w Warszawie, którego okna ktoś rozbił kamieniem, gdy byłam w środku. Granatowy czajniczek, który znalazłam pod Halą Marymoncką. Ceramiczną mydelniczkę zrobioną przez moją przyjaciółkę. I ten talerzyk z Izraela.

Podczepione do ważnych wydarzeń lub osób z mojej przeszłości, starannie i z bólem wyselekcjonowane rzeczy przypominały mi, kim jestem. Na emigracji okazały się one szczególnie cenne, bo kiedy wszystko naraz się zmienia – kraj, miasto, dom, ludzie, język, codzienność, praca, a nawet ubrania, w których chodzisz do pracy – łatwo jest siebie zgubić. Tym łatwiej, że nie masz już wokół siebie siatki przyjaciół, wydeptanych ścieżek, psa sąsiadki, ulubionego warzywniaka. Wszystkich tych mikrozwyczajów i mikrorelacji, które budujesz i pielęgnujesz przez lata. Dlatego czasami czujesz, że znikasz. I nawet nie możesz o tym znikaniu klarownie opowiedzieć otaczającym cię ludziom. Wymagałoby to językowej precyzji, a tą nie dysponujesz, kiedy porozumiewasz się w języku, którego dopiero się uczysz. Wymagałoby to czasu, a tego nikt dla ciebie nie ma. Wymagałoby to zainteresowania tobą, a nie jedynie siłą roboczą, jaką stanowisz. O tym, że jesteś czymś więcej niż euro-godziny i numerek w kolejce do miejskiego urzędu, że masz swoją historię, przypominają ci właśnie przedmioty, które przywiozłaś. Czasem jedynie one.

Właśnie o tym jest praca Souvenirs Hakana Savaşa Micana[1]. O tym, że w procesie emigracji przedmioty codziennego użytku stają się czymś znacznie więcej, niż ich funkcja użytkowa: nośnikami pamięci, znaczeń i tożsamości. Matka artysty wyjechała z Turcji w 1972 roku. Po 27 latach emigracji za chlebem wróciła do kraju urodzenia. W Niemczech zostawiła po sobie kuchenną porcelanę, którą od 18 lat planuje przywieźć do Turcji. Prezentowana w Berlinie w 2019 roku, praca Micana składała się z dwóch części: filmu wideo, na którym widzimy jego matkę chodzącą pośród zostawionych w Berlinie kuchennych przedmiotów, oraz regału, na którym te przedmioty stoją.

Znam dzieło Hakana Savaşa Micana naprawdę dobrze, bo pracowałam jako ochroniarka na wystawie, na której ją pokazywano. Przez dwa miesiące, dwa razy w tygodniu siedziałam przez godzinę na wysokim krześle przy wejściu do sali wystawowej, patrząc to na film, to na regał, to na zwiedzających.

Zrobiona z rozmachem, mieszcząca się w czterech budynkach, wystawa poświęcona była krytycznemu namysłowi nad kategorią ojczyzny. Pracę ochroniarki na niej załatwiła mi moja współlokatorka Katrin. 13 lat ode mnie młodsza, biała Niemka, magistrantka humanistycznego kierunku na niemieckim uniwersytecie, Katrin pracuje w prestiżowym niemieckim ośrodku teatralno-artystycznym jako asystentka kuratorki. Przed otwarciem wystawy, na której pokazywano m.in. pracę Micana, ośrodek poszukiwał tymczasowych pracowników fizycznych, a ja akurat zrezygnowałam z pracy ogrodniczej, bo od dźwigania powoli wysiadał mi kręgosłup.

Kiedy Katrin po raz pierwszy oprowadzała mnie po wystawie, na której za chwilę miałam pracować, zwróciła szczególną uwagę na dzieło Hakana Savaşa Micana. „Te naczynia zrobiły furorę na podobnej wystawie rok temu, dlatego pokazujemy je znowu. Ja też uwielbiam tę pracę” – powiedziała.

Podobnie jak moi pozostali współlokatorzy, Katrin jest aktywistką. Wszyscy oni angażują się antyrasistowsko, w obronę emigrantów i uchodźców. Postrzegają siebie jako radykalnie lewicowych. Często mówią: rewolucja. Często do naszego domu przychodzą ich towarzysze i przyjaciele. Wszyscy są białymi Niemcami.

Odkąd wyjechałam z Polski, czasem śni mi się, że mój ojciec przyjeżdża do Niemiec, chodzi po torach kolejowych próbując znaleźć adres, pod którym mieszkam, ale te tory stają się tak olbrzymie, że w końcu rozmiarami przypomina on bardziej mrówkę, niż człowieka. Pewnego ranka po takim śnie szukałam talerzyka, który przywiozłam z Izraela, by zjeść na nim śniadanie. Nigdzie nie mogłam go znaleźć. Zniknął.

Nic nie powiedziałam. Nie zapytałam. Nie chciałam się czepiać. Nie chciałam być drobiazgowa. Nie chciałam wyjść na materialistkę w domu, w którym wszyscy żyją dla idei. Między innymi takiej, by emigrantom żyło się lepiej. Jako emigrantka, nie-Niemka, już nie aktywistka i nowa współlokatorka uznałam, że powinnam dostosować się do panujących w tym domu reguł. A w tym domu regułą jest, że rzeczy znikają. Filiżankę z nadmorskiej miejscowości ktoś stłukł. W kubek z Meksyku ktoś wsadził inny kubek tak głęboko, że rozłączając je rozwalił oba. Solniczkę, którą ukradłam, ktoś zabrał na piknik i nie przyniósł z powrotem. Ręcznej roboty mydelniczkę ktoś dał siostrze, której się ona spodobała.

W moim domu rodzinnym niczego nie wyrzucano. Jak coś się zepsuło, to się to naprawiało. Kiedy mieszkałam potem sama, też tak robiłam. Wychowani w zasobnych niemieckich domach, moi współlokatorzy mają inny stosunek do przedmiotów: rzeczy można psuć, gubić i rozwalać, bo kupi się nowe. Moi współlokatorzy prawdopodobnie nigdy nie będą musieli emigrować. Jeśli wyjadą gdzieś na dłużej, to za intratną pozycją zawodową lub powodowani chęcią nowych wrażeń. Na emigracji znają się teoretycznie: jako uczestnicy demonstracji przeciwko deportacjom i czytelnicy artykułów o polityce antyemigracyjnej Niemiec.

Kilka tygodni po zniknięciu talerzyka Katrin wyjeżdżała na wakacje. Poprosiła mnie, bym pod jej nieobecność zaopiekowała się kwiatami w jej pokoju. Kiedy poszłam je podlać, znalazłam tam mój talerzyk. Obrósł brudem i kamieniem. Katrin używała go jako podstawki pod doniczkę.

1. https://www.berliner-herbstsalon.de/en/vierter-berliner-herbstsalon/artist/hakan-savas-mican

Leave a Reply